Nikt nie powinien czuć się
bezpieczny kiedy otacza go zbyt wiele niewiadomych.
Takiego zdania jestem. Zawsze
staram się zakładać coś gorszego niż jest to możliwe, po to, by nie dać się
zaskoczyć. Na przykład: kiedy jesteś wśród owiec zawsze obawiasz, że pojawi się
wilk. Jak jesteś bardziej podejrzliwy, myślisz, że jedna z owiec jest wilkiem.
A jak jesteś mną, to dla ciebie wszystkie owce są już wilkami. I dla tego będąc
mną nie bierzesz strzelby, tylko wkładasz wilcze futro… No bo wiadomo, że w
końcu i tak skończą się naboje.
W oknie z daleka widać było
wychudłą postać, więc przyspieszyłam kroku. Do budynku weszłam z trzyminutowym
spóźnieniem, oczywiście spowodowanym tym, że z mojej mieścinki do centrum
autobusy jeżdżą co dwie godziny.
Wystrój budynku się makabrycznie
zmienił. To znaczy minęło sporo czasu odkąd tam byłam, ale na pewno nie było
tam wcześniej sklepiku z pączkami. Całe
dolne piętro było małą kawiarenką z różowymi donutami i tulipanami. Neonowy
szyld w drzwiach mnie zdziwił, ale wryta stanęłam nie na widok „Pączusia
Donusia”, tylko żadnego przejścia na drugie piętro, czyli tam, gdzie znajdował
się gabinet doktorka. Wszystko zasłaniała lada rodem z lat siedemdziesiątych i
krzątający się przy niej kelnerzy czy jak oni się tam nazywają sprzedający
garstce klientów pachnące słodko pyszności. Stałam tak na środku szukając
wzrokiem jakiegoś przejścia i musiało to dość długo trwać, bo nagle usłyszałam jak
ktoś po raz kolejny coś do mnie mówi.
-Hę?- odwróciłam wzrok.
Przede
mną stała wysoka ciemnowłosa dziewczyna z niebieskimi oczami. Ubrana w żółty
fartuszek i z wielkim uśmiechem wyczekująco na mnie patrzyła.
-Czy coś się stało?- zapytała.
-Nie.. nie, tylko… Em. Czy tutaj nie było
wcześniej gabinetu lekarskiego, czy coś?
-Yhm. Zmienili jakiś miesiąc temu. Ale wiesz,
teraz mamy tu „Pączusia”! Słodkości- pyszności! Co ci podać?
-Em…- popatrzyłam po szklanych półkach i
obrazkach.- Ja?
-Tak, ty. No powiedz, na co
masz ochotę. Może „Truskawkowe marzenie”? Nasz dzisiejszy specjał. Tylko 5.99,-
zaświergotała.
-Taa. Pewnie…- lekko
zdezorientowana zapłaciłam i usiadłam do stolika.
Zastanawiałam się co zrobić, bo
doprawdy się tego nie spodziewałam. Głupio się czując zdjęłam kurtkę i
odłożyłam ja obok, na czerwoną kanapę. Kelnerka przyniosła mi gorącą czekoladę
i donuta w różowej polewie. Podziękowałam i … zrobiło mi się smutno. Bardzo
smutno. Sama nie wiem czemu. Jakoś tak przypomniało mi się kiedy razem z Lexem
byliśmy w tym barze mlecznym gdzieś na drugim kontynencie… i sama nie wiem.
Tamto wspomnienie było nawet miłe… No, nie ważne! Wspomnienie i tyle.
Zjadłam więc dunutkiem i
wypiłam czekoladę rozmyślając o przeszłości. Roztkliwiłabym się tam do reszty,
gdyby znowu nie przyszła kelnerka. Nie odzywając się położyła na stoliku różową
karteczkę, a potem kiwnęła pokazując na jakiś boczny korytarz.
„Doktor Hanselhoff zaprasza
panią do siebie.”- przeczytałam i westchnęłam z rozdrażnieniem.
Fajnie! Ciekawe co im to tak
długo zajęło?
Weszłam po tajemnych schodach
piętro wyżej. Tutaj robiło się już normalnie. W końcu dotarłam szklanych drzwi
i ujrzałam chłopaka chuderlaka. Stał przede mną z naburmuszoną miną mówiącą
„nie chcę tu być, ale każą mi się zadawać z baranami” (nie obrażając mojego
kolegi o nazwisku Baran, oczywiście) czy
coś.
-Szef chce cię widzieć-
powiedział.
-Taak? A myślałam, że to ty
chcesz mnie widzieć- skrzyżowałam ręce na piersi nie ruszając się z miejsca.
-Chcę tego, czego się ode mnie
oczekuje,- odpowiedział.
-Acha. To jakby chyba nie ma
sensu, czy coś, ale ok. Niech ci będzie. Prowadź do twojego szefa.
Poszłam za nim do gabinetu. Te
same złote literki z nazwiskiem doktorka sprawiły, że się uśmiechnęłam i zmartwiłam.
Czegóż on mógł ode mnie chcieć?
>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz