Kaszlę.
Przestaję i robi
się cicho. Nie widzę Ślimaka więc odpoczywam tam jeszcze chwilkę. Jego rąsia
przestaje się rzucać i skupiam na niej wzrok. Jakby specjalnie, właśnie wtedy
kończyna wiotczeje, a potem kurczy się wylewając z siebie litry wody. Obserwuję
ją, aż robi się zupełnie mała, długości mojej dłoni. Myślę. I chyba trafiam, bo
z basenu znów wyłania się to śliskie stworzenie, wgapiając we mnie zielone
ślepska. Rzuca się na szybę, która nas dzieli w heroicznym ataku. Bez
powodzenia, bo jedyne co swoim zachowaniem poruszył, było dosunięte do szkła
biurko. Mebel trząsł się w rytm jego uderzeń, przez co na ziemię pospadały
długopisy. Miałam trochę czasu. Musiałam zaplanować kolejną akcję tak, żeby tym
razem nie oberwać za mocno. Nie wiem ile się już z nim bawiłam, ale ten
idiotyczny apel za niedługo na bank się skończy, a wtedy ludzie zapytają „gdzie
Julka?”, albo raczej „gdzie ratownik?”. Odpowiedź będzie chyba dla nich przerażająca.
Zerkam w
tamtą stronę. Ciało zaczyna już pewnie nabierać tego typowego dla śmierci
zapachu. Leży tam, gdzie stwór go zostawił. Ślimak uderza mocniej, tym razem z
użyciem żądeł. Słyszę trzask, ale szyba jest nadal cała. Pod moje nogi krzywo
turla się uszkodzony słoik. Nie ma górnej połowy, która odleciała w przeciwną
stronę i jest pełen jakiegoś śmierdzącego śluzu. Rozmyślam kierując wzrok
odruchowo na składzik sprzętu basenowego, czerwoną drogę, którą musiałabym
przejść i stworzenie, które chcę pokonać. Nagle coś przychodzi mi na myśl.
Wciąż patrząc w zielone oczęta Ślimaka schylam się do słoika i szybko sprawdzam
z bliska ten dziwny śluz. Po tym oczami przeczesuję biurko. Sportowa torba,
buty i zdjęcie w ramce dużo mi mówią. Tak samo jak prawie niewidoczny, cienki
ślad prowadzący spod szyby do zasuwanych drzwi i plama śluzu na jego początku.
-Cholera…-
warczę pod nosem.
Zapora
oddzielająca mnie od Ślimaka wreszcie puszcza i do pomieszczenia wpada wzmożony
zapach chloru i świst żądeł stworzenia. Puszczam się biegiem jak najdalej od
niego. Pędzę do drugich drzwi w odbiciu szyb stając się czarną smugą,
przeskakuję nad martwym ratownikiem i dopadam do załomu ściany. Walka przy
wodzie będzie bez sensu. Potrzebuję suchego kawałka jakiegoś pomieszczenia,
żeby potworek mógł sam się pokonać. Wyschnąć i się skurczyć. A po tym ja tylko
zamknę go w jakimś słoiku i po sprawie. Taa… Walić to!
Ślimak pędzi
do mnie kolorowo mokrym korytarzem. Przepełza nad ratownikiem. Jest już na
miejscu, gdzie byłam przed chwilą. Uśmiecham się do niego. Teraz ja stoję z
długim pałąkiem naprzeciwko. Nie mierzymy się wzrokiem, tylko od razu
atakujemy. Celuję mu w gębę. Trafiam, ale żerdź ześlizguje się z niej tak jak
wcześniej moje pięści. Tylko że metal nie krwawi, a ja stoję za daleko żeby
oberwać. Uderzam ponownie. Mocniej. I znowu. Jeszcze mocniej. Kolejny raz.
Jeszcze jeden. Pomiędzy nami robi się mokro, a gdzie niegdzie leżą odłamane
Ślimakowi, żółte zęby. Pyk! Kolejny trójkącik wypada. Nie męczę się zbytnio,
ale potwór ogarnięty jest chyba wielką wściekłością i bezsilnością, bo wreszcie
zasłania się, do tej pory majgającymi w powietrzu żądłami. Teraz ma tylko trzy
i jednego krótkiego kikuta. Po chwili zostają mu dwa. Kiedy on próbował odgonić
pałąk, ja starałam się zaklinować którąś z jego kończyn w owalnej końcówce
żerdzi. Zaklinować, przytrzymać, a potem przekręcić. Trachnięcie i kwik
stworzenia to mały tryumf w tej bitwie. Jego odłamana kończyna telepoce się po
kafelkach, a ja odkopuję ją i odpoczywam chwilę.
Woda w basenie
powoli coraz bardziej żółknie. Ślimak powraca. Z uporem powtarzam rytuał.
Chociaż trudniej i tym razem też łamię mu kończynę. Ma już tylko jedną, u dołu
po prawej, którą tnie powietrze wokół mnie. Kiedy tamta poprzednia upada na
płytki, stworzenie zaczyna wrzeszczeć tym swoim skrzekiem. Cielsko nabiega mu
wypukłymi żyłami. Oczy ciemnieją. Narośl pulsuje. A ja przegapiłam moment, w
którym zaatakował i dałam się podejść czymś nieoczekiwanym. Zamiast uciekać do
wody żeby nabrać sił, złapał żądłem za pałąk i pociągnął go do siebie zanim
zdążyłam zaprzeć się nogami. Wleciałam prosto w niego, waląc łokciem o
sercowatą narośl, a czołem w jedno ze ślepsk. Wgryza mi się w ramię szorując
zębiskami po czarnej łusce i wbija pazurem w udo, przytrzymując. O ile malutkimi
kłami nic mi nie zrobił, tak żądło poczułam aż na kości. Klnę przylepiona do
niego, czując smród śluzu. Próbuję wywinąć się z uścisku, ale trzyma mocno. Z
boku wyglądamy pewnie jakbyśmy tańczyli walca, ale nie zastanawiam się nad tym,
tylko szarpię za ostałą mu kończynę. Jedną ręką jest trudno, a jeśli się
przekręcę albo nawet mocniej poruszę, to rozora mi większą dziurę w nodze, co
oznacza niemiłosiernie więcej bólu.
Walić to!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz