-Julia? A reszta?
-Jaka reszta... Przecież użyłam wszystkich słów.
Przeliczyłam w głowie: pomarańczowy, tłumić, dusza, szansa, poczuć, smak.
Pani polonistka poprawiła okulary przekrzywiając je na prawą stronę i nabazgrała coś w notesie.
Zadanie wykonałam, ale pewności czy spodobało się to polonistce nie miałam. Niby mieliśmy użyć w zdaniach tych słów...
-...a ty masz tutaj tylko jedno zdanie. Mam ci za to wstawić połowę oceny?
Niby mówiła serio, a jednak po uśmiechu widać było, że tylko się ze mną droczy.
-No co pani... Przecież ładne zdanie. Ale no... Jak pani chce, to ja na jutro stronę z opowiadaniem przyniosę. I mogę nawet na środku klasy przeczytać...
-Nie, nie. Wystarczy, dziękuję. Pięć minus.
Tak zwykle reagują nauczyciele na moją chęć zrobienia czegoś dodatkowo. Wykręcają się!
Ale kto by się im tam dziwił. W końcu wszyscy dobrze pamiętają moją ostatnią pracę domową. Polecenie brzmiało: "Napisz poetycki przepis". A ja napisałam hymn o zombie.
"Horda zombie goni mnie!" jeszcze mi w głowie huczy jak klasa, niemrawo ale jednak!, ze mną śpiewała.
Po klasie przeleciał papierowy samolocik i wylądował pomiędzy ławkami w trzecim rzędzie. Ktoś się zaśmiał, ktoś skomentował umiejętności pilotażowe (czy jak tam się nazywają umiejętności pilotów papierowych samolocików) rzucającego, a większość ktosiów po kryjomu sprawdzała poprzez „urządzenia mobilne” aka smartfony co tam się ciekawego w Internetach dzieje.
!Acha. To
było jakoś 8 grudnia 2015!
Siedziałam sobie na niewygodnym
krześle, obok puste miejsce, bo Mileny wciąż nie było, a przede mną tablica i
nauczycielka próbujące pomóc nam, tępym ludziom, w nauce. I tak, uważam, że
rola tablicy jest tutaj tak samo ważna jak nauczyciela. Wyobraźcie sobie, jak ona
musi cierpieć, rysowana kredą, ścierana i znowu zabazgrywana. I tylko po to,
żeby jakiś tam kolo nie przepisał z niej notatki! Ach te Gimbusy, nie?
Zima nie nadeszła choć każdy na nią
liczył, ale w sumie nie zrobiła niczego wbrew temu co ostatnio się działo, bo
wszyscy liczyli na coś, a tego nie dostali. Ania liczyła na różową sukienkę w
drobne fiołki, a dostała kapcie. Ola liczyła na nowy zegarek, dostała sweter.
Oliwier liczył na cokolwiek, a dostał nic (taa. ten jego Mikołaj to się spóźnia
analogicznie do niego). Za to ja nigdy nie dostaję tego co chcę. No ale tak po
prawdzie… Jest jakaś różnica między dostaniem łańcucha, bransolet z ćwiekami i
czerwonych, skórzanych rękawic, a maczetą i kastetami? Niby główna myśl
prezentu zachowana, więc powinnam wybaczyć mojemu Mikołajowi za drobne minięcie
się z listą prezentową w liście do niego… ale tak szczerze, to ja o tą maczetę
to proszę już od dawna (jakoś tak od drugiej klasy podstawówki) i mogłabym ją
wreszcie dostać! No nie ważne. Może ucieszę się na jej widok w Święta.
Lekcja polskiego skończyła się wraz
z dzwonkiem na długą przerwę, więc zamiast iść za całą klasą w lewo pod salę od
angielskiego, ja zeszłam na dół, na stołówkę. Rzuciłam plecak pod ścianę i
przyjrzałam się jadłospisowi. Wtorek: zupa pomidorowa, kotlety schabowe i
kompot. Postarali się, kurcze, w tej szkole, tak dawać schaboszczaki i pomidorówę
jednocześnie. Pokręciłam głowa wspominając czasy dobrych obiadów jeszcze wtedy
nie ograniczonych brakiem soli i stanęłam w kolejce. Jak zwykle ostatnia
dostałam jedzenie (nie muszę mówić, że zawsze jestem ostatnia w kolejce?) i na
angielski dotarłam dawno po dzwonku.
Weszłam, robiąc piruet i kłaniając
się nauczycielce.
-Dzień dobry, proszę pani!
-Siadaj. Czemu się spóźniłaś?-
spytała belferka wpisując mi obecność.
-Byłam na obiedzie- powiedziałam
gramoląc się do ławki.
Na angielskim zawsze siedzę w
drugiej ławce przy oknie, zaraz za Patrykiem, z którym często sobie gawędzimy.
Patryk nigdy nie stroni od dobrej pogawędki niezależnie od tego czy tematem
jest filozofia, czy kucyki pony ujeżdżające delfiny.
-Już ja znam te twoje obiady, Julka…-
nauczycielka pogroziła mi palcem.-Podręcznik strona 240, zadanie 6. Mateusz,
przeczytaj tekst.
Lekcja angielskiego zaczęła się na
dobre.
Kiedy reszta klasy „trudziła” się
pisaniem i mówieniem po angielsku, ja wyciągnęłam z dna plecaka zeszyt i z
braku zajęć zaczęłam w nim bazgrać. U mnie ostatnio brak zajęć zdarza się
często, więc miałam w tym zeszycie parę niezłych obrazków. Jakieś mutanty,
zombie, wilkołaki, umięśnione przystojniaki. No wiecie, norma.
Przesiedziałam połowę lekcji nie
mając nadziei na bycie poproszoną do tablicy, aż nagle, pani belferka zawołała
donośnie po raz trzeci „Julka!”, a ja, poderwawszy głowę znad bazgrołów, uświadomiłam
sobie, że chodzi o mnie. Szybko ogarnęłam polecenie, przykład i skierowałam
swój wzrok w stronę umęczonej tablicy, ale właśnie wtedy, w głowie cichutko
zabrzęczał mi dzwoneczek ostrzegawczy, a drzwi do sali stanęły otworem.
Jakież to zdziwienie przebiegło wszystkim
po twarzach i jakaż to radość ogarnęła nas, kiedy z nagłego słonecznego blasku wyłonił
się nie kto inny, jak Milena! Dziewczyna wyglądała tak samo jak ją
zapamiętałam. No… prawie. Choć w dżinsach i bluzce w tęczowe wzory widać było,
że zrobiła się wyższa, a na twarzy bardziej wydoroślała. Do klasy weszła
najpierw pewnie, ale im bliżej nas, tym bardziej się wahała i krępowała. W
końcu, obserwowana przez nas w bezszelestnej ciszy, zatrzymała się na środku sali
i cicho powiedziała: „Cześć!”.
Wtedy stało się coś bardzo
oczekiwanego. Wszyscy poderwali się z miejsc i rzucili się żeby ją uściskać. Nie
wiedzieli jej przecież przez ponad pół roku! Em… no właśnie. Tylko ja zostałam
w ławce… Bo wiecie, pierwsze wrażenie minęło i pojawiło się pytanie. Co ona
tutaj robi?
Wielkie Wilki zabrały ją do siebie,
bo dziewczyna okazała się mieć we krwi gen wilkołaka, a oni chcieli ją
wyszkolić. Przyłożyłam do tego ręki, bo przecież sama ją ratowałam od „wybuchu
emocjonalnego” i przekazałam ją Marcusowi Twainowi, jednemu z Wielkich Wilków,
ale oni powiedzieli, że nie będzie jej jakieś pięć lat. No, jak widzę zabrało
jej to o wiele mniej.
Do dziewczyny zbliżyłam się dopiero
kiedy wokół zrobiło się luźniej. Nie wiedziałam jak ona na mnie zareaguje. To
był rzut w ciemno, bo nie wiedziałam nawet czy ona jest tym wilkołakiem, czy
nie. A jak jest, to jak to się ma do jej „odczuwania” innych. Mogła mnie
przecież wywąchać jako nieprzyjaciela, albo rywala, albo coś takiego, a to nie byłoby
dla nas przyjemne. A! No i przecież pozostawała kwestia tego czy ona wiedziała
o mnie. Wilki na pewno znały moją przeszłość, ale czy opowiedziały o niej
Milenie…
-Mileno! Jak dobrze cię widzieć!-
podeszłam powoli z wielkim uśmiechem na ustach.
-Julka! Jak się masz?- dziewczyna
zareagował całkiem spokojnie.
Nie zrobiła żadnych gwałtownych
ruchów, nie odskoczyła… Było dobrze!
-U mnie? Ja się ciebie o to powinnam
spytać! W ogóle, to gdzie ty się do tej pory podziewałaś?
-No! Mów, Mili!- dołączyli się inni.
W końcu wszyscy, nawet nauczycielka,
błagali Milenę o opowieść. Dziewczyna się zgodziła, i do końca lekcji
opowiadała jaki wyrąbisty w kosmos czas przeżyła i jak fajnie jest w Kanadzie,
gdzie go spędziła. Okazało się, że rodzice zapisali ją na jakiś tam obóz
naukowy i po prostu wyjechała na wymianę na inny kontynent. Ja nie uwierzyłam,
ale wszyscy inni tak. Znowu.
No cóż, nic tylko wzdychać nad
ludźmi. Dziwne dziwnym, nikt nie wnikał, wszystkich informacje
satysfakcjonowały. Ej! W końcu ważne jest to, że Milena wróciła!
Po szkole umówiłyśmy się z
dziewczynami na mini party powitalne. Bawiłyśmy się przednio, bo każda miała
jakieś niesamowite historie, ciekawe ploteczki i takie tam. Potem dłuuuuugo
gadałyśmy o chłopakach z klasy, tym której co się podoba, modnym różu, nowej
piosence JB i oczywiście o nas. Ech… ja miałam najmniej do powiedzenia.
Kurcze. Codzienność zaczyna mnie
coraz bardziej przytłaczać.
2 komentarze:
Zaczynam kochać drugą część xD
Miło, że mnie wróciłaś ;)
Nie nam czasu na ambitne komentarze, wiec życzę weny i czekam na nn :*
Ściskam :*
~ Alex
Prześlij komentarz