Dodatki na bloga

3/19/2016

4 Kogut



Zmachana odłożyłam szpadel.
                Dziura wyglądała całkiem dobrze. Głęboka na prawie pół metra i szeroka na metr. W kształcie… no, prawie idealnego rombo-czegoś. Dziura w ziemi, a w niej pokurczone truchło. Trzymając ciężki karnister z dala od siebie zalałam całą dziurę benzyną. Po namyśle dorzuciłam jeszcze drewno i szmaty znalezione w garażu i jeszcze raz polałam cieczą. Dopiero wtedy, stając w bezpiecznej odległości, podpaliłam stosik. Zwłoki paliły się cudnie.

                Kiedy wszystko dogasło, a po ciele niegdyś wściekłego psa została tylko kupka kości, zasypałam z takim trudem wykopaną dziurę i wróciłam do domu. Po czym jeszcze raz poszłam na pole (dosłownie na pole, bo takowe mieści się za moim domem), bo zapomniałam karnistra. Pusty był lżejszy. Odłożyłam go na miejsce i w końcu poszłam się ogarnąć. Zanim weszłam do łazienki zamknęłam dom na klucz przekręcając szczękający zamek i posprzątałam ganek. Łachmany spłonęły i oprócz zdjęć zwierzęcia, które miałam na telefonie, nie było żadnych dowodów na prawdziwość akcji rano. Ubrawszy, na nowo przyjrzałam się zdjęciom. Wyglądało to gorzej niż na początku. Zwierzak miał poszarpaną tkankę na brzuchu, krwawił zielonkawą krwią, a jego ślepia były przekrwione, czerwone i ogólnie niemiłe.
-Kurka wodna! No co to ma być? Pies zombie? No chyba nie- terkotałam nalewając sobie coli do szklanki.- Przecież wszyscy wiedzą, że mózgi zwierząt nie potrafią… no nie potrafią ten… no… A co jeśli to nie jest jedyny wściekły pies? Przecież na dworze pełno kundli… A co jeśli to zombizm!
Zerwałam się jak poparzona z miejsca. Najpierw chciałam od razu wybiec z domu, ale palnęłam się w czoło i na spokojnie klapnęłam na łóżko. Musiałam to sobie dobrze przemyśleć.
-A więc… Zgraja wściekłych psów może narobić dużo szkód. Trzeba by takową złapać i… w sumie zabić. Hm… No bo przecież im już nic nie pomoże. Zielona krew dobrze nie… Oj! Kurde! Trzeba było próbkę zabrać… No teraz złapmy sobie nowy żywy okaz… Ja pierniczę. To może najlepiej zastawić pułapki na niedźwiedzie ze mną za przynętę? Chociaż nie. Jeszcze by się jakiś przystojniak złapał. He He He. Żart. Ekhem… Słabo.
                Otworzyłam szafę i z górnej półki ściągnęłam ciężką torbę. W środku były moje gadżety z przeszłości. Zastanawiałam się nad wzięciem Glock`a, ale zamiast niego wybrałam duże noże, bo są cichsze i nie potrzebują naboi. Oprócz nich zgarnęłam słoiki na próbki, kawał dobrego sznura i rękawice. Na szyi zawiązałam chustę, jeden nóż włożyłam do kieszeni kurtki (tym razem czarnej, a nie jasnoniebieskiej) i ruszyłam na polowanie. Oczywiście, że musiałam się wrócić! No bo przecież Julka nie może nie zapomnieć najważniejszego- plecaka. Ale co tam. Była możliwość, że ten już nie istniejący psiak to był jedyny okaz, a jednak jak się później okazało młotek, który zgarnęłam przed wyjściem  się przydał.
                Po półgodzinie włóczenia się po mojej malutkiej mieścinie (pełno krzaków, trzy ulice, brak skrzyżowań, pola i jeden sklep) zaczęłam już wątpić i skierowałam się w stronę domu. Wtedy usłyszałam szczekanie. Dochodziło zza zakrętu w stronę lasu, czyli tam gdzie mieszkał pan-jakiśtam w domku z drewna, z szopą, trzema ujadającymi na okrągło psami i kurnikiem pełnym kur. Szczekanie nie brzmiało jakby pochodziło z innych gardeł niż rudych kundelków w plamki. Schowałam dłoń do kieszeni, poprawiłam chustę i przyspieszyłam kroku.
                Na bramie od posiadłości pana-jakiegośtam pełno było kurzych piór, co dziwne, bo na placu wydawać się mogło, że leży całe upierzenie możliwego na świecie ptactwa hodowlanego. Wyglądało to jakby ktoś niedawno przeprowadził  walkę na poduszki. Tylko szkoda, że po sobie nie posprzątał. Albo mnie nie zaprosił… Chociaż nie. Chyba jednak nie chciałabym przy tym być.A postanowiłam tak kiedy pomiędzy pierzem dostrzegłam nadal świeże, zagryzione kury.
-Bleah!- zakryłam usta i nos chustą bo zaczynało być czuć smród.
                Wyminęłam „before nuggests” i poszłam w kierunku szopy, czyli w stronę dźwięków. Z nożem w lewej ręce weszłam przez drewniane wrota do środka.
-Halo? Dzień dobry… Jest tu pan?
                Nikogo oprócz szarpiących się z wielgachnym kogutem psiurów nie było. Zwierzęta oderwały się od siebie i jednocześnie zamarły. Zmaltretowany kogut pewnie właśnie widział dla siebie ratunek. Dwa kundle, wściekłe za przerwanie zabawy, gapiły się czekając na kolejny ruch ich nowej przekąski.
                A ja zrzuciłam plecak z ramion i zaatakowałam pierwsza.

2 komentarze:

Unknown pisze...

Wow ;o
I znów akcjia , oto nasza cała Julcia ;3
Inwazjia złych piesków :c Nie fajnie :/
Czekam nn ;*Weny ^^

Anonimowy pisze...

Coś mi sie zdaje ze to nie jet zwykla wścieklizna