Zmachana odłożyłam szpadel.
Dziura
wyglądała całkiem dobrze. Głęboka na prawie pół metra i szeroka na metr. W
kształcie… no, prawie idealnego rombo-czegoś. Dziura w ziemi, a w niej pokurczone
truchło. Trzymając ciężki karnister z dala od siebie zalałam całą dziurę
benzyną. Po namyśle dorzuciłam jeszcze drewno i szmaty znalezione w garażu i
jeszcze raz polałam cieczą. Dopiero wtedy, stając w bezpiecznej odległości,
podpaliłam stosik. Zwłoki paliły się cudnie.
Kiedy
wszystko dogasło, a po ciele niegdyś wściekłego psa została tylko kupka kości,
zasypałam z takim trudem wykopaną dziurę i wróciłam do domu. Po czym jeszcze raz
poszłam na pole (dosłownie na pole, bo takowe mieści się za moim domem), bo
zapomniałam karnistra. Pusty był lżejszy. Odłożyłam go na miejsce i w końcu
poszłam się ogarnąć. Zanim weszłam do łazienki zamknęłam dom na klucz
przekręcając szczękający zamek i posprzątałam ganek. Łachmany spłonęły i oprócz
zdjęć zwierzęcia, które miałam na telefonie, nie było żadnych dowodów na
prawdziwość akcji rano. Ubrawszy, na nowo przyjrzałam się zdjęciom. Wyglądało
to gorzej niż na początku. Zwierzak miał poszarpaną tkankę na brzuchu, krwawił zielonkawą
krwią, a jego ślepia były przekrwione, czerwone i ogólnie niemiłe.
-Kurka wodna! No co to ma być? Pies zombie? No
chyba nie- terkotałam nalewając sobie coli do szklanki.- Przecież wszyscy
wiedzą, że mózgi zwierząt nie potrafią… no nie potrafią ten… no… A co jeśli to
nie jest jedyny wściekły pies? Przecież na dworze pełno kundli… A co jeśli to
zombizm!
Zerwałam się jak poparzona z
miejsca. Najpierw chciałam od razu wybiec z domu, ale palnęłam się w czoło i na
spokojnie klapnęłam na łóżko. Musiałam to sobie dobrze przemyśleć.
-A więc… Zgraja wściekłych psów może narobić
dużo szkód. Trzeba by takową złapać i… w sumie zabić. Hm… No bo przecież im już
nic nie pomoże. Zielona krew dobrze nie… Oj! Kurde! Trzeba było próbkę zabrać…
No teraz złapmy sobie nowy żywy okaz… Ja pierniczę. To może najlepiej zastawić pułapki
na niedźwiedzie ze mną za przynętę? Chociaż nie. Jeszcze by się jakiś
przystojniak złapał. He He He. Żart. Ekhem… Słabo.
Otworzyłam
szafę i z górnej półki ściągnęłam ciężką torbę. W środku były moje gadżety z
przeszłości. Zastanawiałam się nad wzięciem Glock`a, ale zamiast niego wybrałam
duże noże, bo są cichsze i nie potrzebują naboi. Oprócz nich zgarnęłam słoiki na
próbki, kawał dobrego sznura i rękawice. Na szyi zawiązałam chustę, jeden nóż
włożyłam do kieszeni kurtki (tym razem czarnej, a nie jasnoniebieskiej) i
ruszyłam na polowanie. Oczywiście, że musiałam się wrócić! No bo przecież Julka
nie może nie zapomnieć najważniejszego- plecaka. Ale co tam. Była możliwość, że
ten już nie istniejący psiak to był jedyny okaz, a jednak jak się później
okazało młotek, który zgarnęłam przed wyjściem się przydał.
Po
półgodzinie włóczenia się po mojej malutkiej mieścinie (pełno krzaków, trzy
ulice, brak skrzyżowań, pola i jeden sklep) zaczęłam już wątpić i skierowałam
się w stronę domu. Wtedy usłyszałam szczekanie. Dochodziło zza zakrętu w stronę
lasu, czyli tam gdzie mieszkał pan-jakiśtam w domku z drewna, z szopą, trzema
ujadającymi na okrągło psami i kurnikiem pełnym kur. Szczekanie nie brzmiało
jakby pochodziło z innych gardeł niż rudych kundelków w plamki. Schowałam dłoń
do kieszeni, poprawiłam chustę i przyspieszyłam kroku.
Na
bramie od posiadłości pana-jakiegośtam pełno było kurzych piór, co dziwne, bo
na placu wydawać się mogło, że leży całe upierzenie możliwego na świecie
ptactwa hodowlanego. Wyglądało to jakby ktoś niedawno przeprowadził walkę na poduszki. Tylko szkoda, że po sobie
nie posprzątał. Albo mnie nie zaprosił… Chociaż nie. Chyba jednak nie
chciałabym przy tym być.A postanowiłam tak kiedy pomiędzy pierzem dostrzegłam
nadal świeże, zagryzione kury.
-Bleah!- zakryłam usta i nos chustą bo
zaczynało być czuć smród.
Wyminęłam
„before nuggests” i poszłam w kierunku szopy, czyli w stronę dźwięków. Z nożem
w lewej ręce weszłam przez drewniane wrota do środka.
-Halo? Dzień dobry… Jest tu pan?
Nikogo
oprócz szarpiących się z wielgachnym kogutem psiurów nie było. Zwierzęta
oderwały się od siebie i jednocześnie zamarły. Zmaltretowany kogut pewnie
właśnie widział dla siebie ratunek. Dwa kundle, wściekłe za przerwanie
zabawy, gapiły się czekając na kolejny ruch ich nowej przekąski.
A
ja zrzuciłam plecak z ramion i zaatakowałam pierwsza.
2 komentarze:
Wow ;o
I znów akcjia , oto nasza cała Julcia ;3
Inwazjia złych piesków :c Nie fajnie :/
Czekam nn ;*Weny ^^
Coś mi sie zdaje ze to nie jet zwykla wścieklizna
Prześlij komentarz