Wyeliminuj ból, a z człowieka staniesz się
maszyną.
Czekaj, czekaj… Ale czy to
znaczy, że jeśli cały czas czujesz ból, to jesteś najprawdziwszym człowiekiem?
Nah. Raczej nie. No dobra, musze
przyznać, że mnie cały czas to nie boli, nie?
Oj, przepraszam, zapędziłam się. Nie powinnam
tak od razu przerzucać tutaj moich porypanych przemyśleń. Zostawmy więc to (być
może na później), a teraz powróćmy do tego na czym skończyliśmy ostatnio.
Przyjęłam zlecenie od
Hanselhoffa.
Nie powiem, zdziwiłam się kiedy
przeczytałam o co chodziło. Chociaż może nie… Ale no, ej! To co zrozumiałam i
sobie wyobraziłam wyglądało tak, jak… hm… To może zamiast próbować jakoś to na
normalny język przełożyć, to ja opowiem.
Jakieś parę dni później, licząc od
przyjęcia zlecenia (teraz dokładnie nie pamiętam, ale to chyba była środa)
zwolniłam się przed południem ze szkoły i pojechałam pod pączkarnię. Blondynka
w fartuszku od razu kiwnęła mi z uśmiechem w stronę „tajnego przejścia”, tak
więc chwilę potem zakładałam już nowy strój. Powiem szczerze, Czarny Piotruś
nawet miał wyczucie. Przygotował mi spodnie rurki w plamy i z dziurami na
kolanach, obcisłą czerwoną koszulę, takie czarne coś przypominające płaszczyk i
zasłaniający całą twarz szerokim rondem- kapelusz. Najbardziej nie podobały mi
się buty. Przyciasne botki nie były ani wygodne ani w moim stylu, no ale ok.,
niech mu będzie. Włożyłam na siebie wszystko posłusznie.
-To wszystko- powiedział.
-Whaaat? No chyba nie!-
zaczęłam.- Nie zamierzam odsłaniać twarzy.
-Masz kapelusz- Piotruś spojrzał
na mnie z politowaniem.
-To nie wystarczy. Chcę maskę-
postawiłam się.
-Nie mam dla ciebie maski.
W jego głosie czuć było irytację.
Skrzyżował ręce na piersi jakby to miało mnie uciszyć.
-Wiesz, jakby za bardzo, to mnie
to nie odchodzi… Ale rozumiem, rozumiem. Ty jednak nie jesteś taki kompetentny
jak myślałam.
Uśmiechnęłam się złośliwie, ale,
o dziwo!, wcale nie byłam złośliwa. Ten człowieczek nawet mnie bawił. Był
podobny do mojego brata…
-Pozwól, że sama się za czymś
rozglądnę- wyminęłam go przechodząc w głąb większej niż tamtym razem
garderoby.- Jak chcesz, możesz już zadzwonić po tego gościa.
Kiedy Piotruś wyszedł, żeby zadzwonić,
ja znalazłam najlepsze rozwiązanie. Czerwona szminka i czarne, prawie
nieprzepuszczające słońca okulary lenonki. Wpakowałam szminkę i lusterko do
znalezionej jeszcze przypadkowo kopertówki i zeszłam na dół, skąd Czarny
Piotruś zaprowadził mnie na zaplecze. Kożystanie z głównego wejścia naraziłoby
nas na niepotrzebne spojrzenia innych ludzi, tak więc granatowe BMW czekało na
parkingu z tyłu budynku.
Nacisnęłam na klamkę i chociaż
musiałam uważać na kapelusz, to zgrabnie wcisnęłam się do środka witając nowego
"towarzysza broni". Dorosły mężczyzna, łysy, z chudą pociągłą twarzą,
brązowymi oczami i naburmuszoną miną. W garniaku (no, tak to co założył
wyglądało) bardzo przypominał gangstera. Pacface! On przecież jest gangsterem.
-Dzień dobry!- powiedziałam z
uśmiechem.
-Mhy…- tamten coś odburknął.
Wiedziałam co mam robić, ale w
sumie znałam też zadanie tego gbura, a przy takiej postawie, to przyznam,
będzie mu trudno. Nie chciało mi się starać o jego uwagę, ale zaczynał brać
mnie dobry humor, więc za bardzo się nie przejęłam. Wjechaliśmy na główną drogę
i gngster skierował pokazd w stronę Krakowa. Nasza wycieczka nie miała być
długa, a jednak zastanowiłam się i stwierdziłm, że lepiej teraz porozmawiać,
niż potem być zaskoczonym.
-To gdzie moja broń?- wypaliłam
prosto z mostu.
Facet nie odpowiedział, tylko
wskazał na schowek.
W środku był pistolet (krótki,
czarny, mało okazały) w kaburze z jakimiś paskami. Wyglądająca na skórzaną
kabura na broń była dość dziwaczna. Chciałam wyciągnąć pistolet żeby mu sie
bliżej przyjrzeć, ale nie mogłam znaleźć tego takiego zamka czy tam klipsa i
troche sie z tym mocowałam zanim wreszcie mi sie udało. Nie poznałam rodzajau
broni ani nawet nie znalazłam bezpiecznika, więc gapiłam się na nią dość długo
żeby zrozumieć jej działanie. Gangsta to zauważył i zerkał na mnie
zniesmaczony.
Nie dziwie mu się. Pewnie zwykle
współpracował z doświadczonymi palantami jak on sam, a tu bach!, przydzielili
mu dzieciaka co sie nie umie zwykłą klamką posłużyć. I do tego zapewniają, że
dzieciak jest mu potrzebny, bo jest wcale nie taki zielony.
No właśnie… chyba jednak jestem
taka zielona.
-Prawy kciuk wyżej- powiedział
nagle kiedy przymierzałam broń w dłoniach.
-Wiem...- odparłam zawstydzona.
-Powiedział, że sie znasz-
rzucił.
W jego głosie czułam zawiedzenie
i zarzut bycia niedojdą. Zrobiło mi się głupio. Teraz dopiero będę się musiał
postarać żeby dobrze wypaść. I nie zginąć.
-Do tej pory działałam inaczej.
To akurat była szczera prawda.
Jakby się tak głębiej zastanowić, to ja się wcale nie znam! Nikt mnie nie uczył
strzelać. Nie wiem jak to sie stało, że wtedy... wtedy jakoś tak nagle
wiedziałam. Czułam to w sobie jakbym od zawsze sie znała. Ale teraz? Hm... Nie
wiem czy potrafiłabym teraz trafić w tarczę z pięciu metrów, a co dopiero w
człowieka.
-Umiesz...- zaczął, ale pytanie
uwięzło mu w gardle było tak idiotyczne.
-Tak- powiedziałam.- Umiem strzelać.
Ale nie zamierzam tego robić. I ty też nie, bo to nie będzie potrzebne. Jak mam
to zapiąć?
Facet pokazał mi jedną ręką jak
przyczepić paski od kabury tak, żeby broń była ukryta pod tym moim czarnym
swetrowym płaszczykiem. Nie był skrzętny do rozmowy, a ja nie zadawałam za dużo
pytań. Towar był w bagażniku, na miejscu trzeba bedzie go wymienić za kasę i
tyle. Kto po niego przyjedzie? Tego nie było wiadomo aż do samego końca, kiedy
to na opustoszałym parkingu znaleźliśmy się my i oni. Przyjechali zieloną
Śkodą, wyglancowani jak jak idioci. Kapelusze, garniaki i lakierki- czy oni
myślą, że my nadal mamy czasy Bonnie i Clarka? Było ich trzech, czyli o jednego
za dużo. Chociaż my też w sumie nie do końca pasowaliśmy do opisu: "dwójka
moich doświadczonych wysłanników". Czułam zaniepokojenie mojego partnera,
ale postanowiłam udawać w najlepsze. Nałożyłam szminkę na usta (co w miarę
dobrze mi wyszło, a przecież w sprawach tapetowania sobie twarzy jestem
niedojdą) i włożyłam okulary.
Gangsterzy wysiedli i zbliżyli
się do auta. Partner pokazał na swoją broń i spojrzał na mnie porozumiewawczo.
Szybciutko wysiadłam i stanęłam przed maską samochodu. Tamci zatrzymali się
jakieś pięć metrów od drzwi BMki. Mój ziomek powoli wysiadł, poprawił garniak.
-My po towar- wydukał goryl
najbliżej.
Tych dwóch za nim nic nie mówiło.
Byli od niego szersi w barach, wyżsi i z bardziej tępymi wyrazami twarzy. Widać
kupiec zaplanował w razie jakiegoś problemu wyznaczyć do odbioru zamówienia ludzi,
którzy nam wleją i zabiorą go sobie siłą. Hm… Nie doczekanie jego.
Gangsta nie odpowiedział. Patrzył
im prosto w oczy, a potem powoli, jak najbardziej widocznie zmierzył ich
wzrokiem. Potem powoli spojrzał na mnie. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę
(wiem, że on nie widział moich oczu, ale jego dużo mi powiedziały- nie będzie
tak łatwo).
-Miało być was tylko dwóch-
powiedział w końcu przerywając ciszę.
-Szef… zmienił zasady- odpowiedział
tamten chwilę się wahając.
Sytuacja robiła się napięta.
1 komentarz:
Nic dodać nic ująć ;P
Czekam nn :*
Weny :D
Prześlij komentarz