Dodatki na bloga

7/17/2016

13 "Ct u cb? Czm cie nm?"



[odłączenie narratora]
                 Właśnie wróciłam do domu.

 Nic się nie zmieniło. Brat bardzo cieszył, bo jak tylko weszłam, to rzucił mi się jak wariat na szyje, chociaż wie, że tego nie lubię. Musiałam się z nimi wszystkimi wyprzytulać, bo by mnie zabili. Ale wiecie, tym razem jakoś nie żałuję i szczególnie nie było to nieprzyjemne. Też cieszyłam się jak diabli, że w końcu wróciłam. A przecież nie wiem nawet ile tam byłam! Dwa tygodnie? Trzy? W czasie kiedy mnie nie było wszystkie sprawy szkolne, domowe resztę, załatwiał mi Hanselhoff, więc martwię się o nie dopiero teraz. Jestem ciekawa jak poradził sobie z moimi znajomymi. Wmówienie rodzicom, że jestem chora i potrzeba mnie wysłać do szpitala, trudne jakoś nie było, a moi znajomi jak już udowodnili, potrafią „wyrzucić sobie z głowy” takiego typu sprawy. Przykładem może być chociażby akcja z Sowiośmicą, po której wszyscy zachowywali się tak, jakby nic się nie stało. A z resztą! Oni się tak zawsze zachowują. Jak by nie działo się nic specjalnego.
                Tak więc bez wahania włączyłam telefon. Nie bałam się ani potoku przypływających powiadomień, ani znaczków przy ikonkach plus ileśtam nieodebranych połączeń, ani przypomnienia od fb, że powinnam jednak sprawdzić co się dzieje z resztą świata. Jakżesz mnie ta reszta świata wkurza!, to naprawdę, powiem szczerze, niepomiernie. Cieszę się, że sobie wakacje od socialmedia zrobiłam. Doktorek kazał mi zostawić telefon u siebie w biurku, ale wolałam, żeby nie odpisywał na wiadomości czy się snapchatem nie bawił. Chciałam w ostateczności nawet zamknąć go w skrzynce na peronie ale zmusił mnie jednak do pozwolenia Czarnemu Piotrusiowi na czuwanie nad nim. Więc kazałam mu raz dziennie włączyć telefon i odpisać jakoś tak uspokajająco na te najbardziej… hm… zaniepokojone? przejęte? nie wiem jak to nazwać… wkurzające wiadomości.
                A jednak mnie zatkało.
                Cztery nieodebrane połączenia i z milion nieodczytanych wiadomości. No, no. Widzę, że jednak ktoś się martwił. Cztery połączenia głosowe- temu się nie dziwię, dzisiejsza młodzież nie umie juz rozmawiać przez telefon, ale aż tyle smsów? Dziwne. Sprawdziłam dokładniej. Kurcze. Moja szkolna "paczka" jakoś bardzo się przejęła, co chwila pisząc "hej, co tam? Co z tb? Czm cie nie ma?". Paru mniej bliskich ziomków zarzuciło jakimś "hej", paru ludzi się zainteresowało czy ja czasem w szpitalu nie jestem. I co ja mam im odpisać? No dobra, to zacznijmy od tego, że chyba raczej nie prawdę… Kiedy to ja ostatnio coś komuś szczerze powiedziałam? Albo odpowiedziałam prawdziwie na pytanie "jak tam?"... Hm... byłoby juz z jakieś pół życia, nie? A przynajmniej dla mnie...
                Napisałam wszystkim, żeby się nie martwili, że nic takiego mi nie jest, wyzdrowieję i całą masę podobnych bzdur. Niektórych uspokoiłam, innych mniej. Został jeden... Kolega z klasy. Ten nie dawał za wygraną, sama nie wiem czemu. Szkoda, że Piotruś nie umie odpisywać, bo jednym zdaniem można by było z tej sytuacji wybrnąć, a tak, nie wiedziałam co mam zrobić. Udawać, że się cieszę z zainteresowania, pojechać go żeby sobie odpuścił czy pozwolić mu rościć nadzieje na jakieś milsze podziękowanie? Odpisałam mu tam jakoś i w sumie tyle, bo w połowie pisania steku bzdur się wkurzyłam i stwierdziłam, że nie warto robić więcej i wszystko samo się ułoży.
                Szkoła, ach szkoła! Przez całe trzy lata myślałam, że na koniec będę płakać. W sumie, do niedawna trwałam w tym kłamstwie, które sobie wmówiłam- że to się tak po prostu nie skończy. Wiecie, jak to jest, czasami człowiekowi jest dobrze wśród tych innych, których nawet z dumą potrafi nazwać znajomymi. A potem przychodzi taki moment, kiedy widać, że może to dobrze, że wszyscy się rozchodzą i znajomymi jesteście już tylko na facebooku. Do tego tematu to ja jeszcze wrócę, bo zakończenie roku szkolnego dopiero za tydzień.
                A tymczasem z chęcią poopowiadam o czymś innym. Ogólnie, to dawno się nie słyszeliśmy. Byłam na tym pierniczonym treningu i jakoś tak narrator wziął sprawy w swoje ręce. To chyba nawet dobrze, bo mnie by wyszło albo za bardzo filozoficznie albo za sucho. Nie komentujecie tego co czytacie (o ile ktokolwiek to czyta xD) więc nie wiem jak mi to wychodzi. Mam nadzieję, że dobrze… I błagam, nie pytajcie jak to jest z narratorem! Nie umiem tego wytłumaczyć, to po prostu jest, i tyle. Chcecie to mogę poodpowiadać na wasze jakieś inne pytania, ale to kiedy indziej. Tylko wyjdę na prostą i ...
                Hm… Przepraszam, że się zawiesiłam na chwilę, ale muszę coś rozważyć. Coś poważnego…
Wracając!
W nocy trochę zasnąć nie mogłam. Źle mi było. Za miękko, za ciepło, za jasno. Księżyc w pełni zaczął mi przeszkadzać. I skrzypienie domu. Nie mogłam się wyluzować, cały czas spięta i skupiona na odgłosach nocy. Prawie czułam przez ścianę oddechy innych. Zlazłam zdenerwowana z łóżka i zamknęłam drzwi. Niewiele pomogło. Zasunęłam rolety i otworzyłam okno. Nie, nadal źle. Położyłam się z kocem na podłodze, ale wciąż nie mogłam usnąć. Wreszcie dałam za wygraną. Wstałam i poszłam do kuchni. W lodówce było pełno jedzenia, ale nie byłam głodna. Spojrzałam litościwie na pilot od telewizora wiszącego na przeciwległej do lodówki ścianie, ale zniesmaczona nawet go nie tknęłam. Przeciągnęłam się i zeszłam po schodach na dół, na parter, gdzie w ganku przekręciłam klucz w drzwiach i wyszłam na zewnątrz. Kiler, mój pies, spał jak zabity przy ścianie i nie drgnął nawet kiedy boso lazłam po granatowej, nagrzanej przez słońce kostce do ogrodu. Dopiero tam odetchnęłam i poczułam się spokojna.
Nie było wiatru. Ciepłe powietrze delikatnie muskało mi policzki, trawa łaskotała w palce. Spojrzałam na niebo. Rozgwieżdżone, pełne błyskających perełek, małych słońc. Jak dobrze jest nie myśleć! Podziwiałam prostotę i zawiłość nieba, rozkoszując się momentem bycia całkiem samą. Nic, tylko ja i to, co mnie otacza. Księżyc świecił mocno, srebrnym blaskiem olewającym zewsząd moje ciało. Kształty rzucały delikatny, rozmywający się cień, tworząc plamy na ziemi. Przeniosłam wzrok na siebie. Bose stopy wydawały się małe. Wyżej nogi, niby zgrabne, może nawet długie. Potem brzuch, teraz już choć trochę umięśniony, ładnie widoczny biust. Podniosłam dłonie do oczu, przyglądając się im. Poruszałam palcami lawirując cieniem. Kolejny raz odetchnęłam z ulgą, a potem z przyjemnością i całkiem świadomie uformowałam  Czerń.  Powoli i delikatnie, utrzymując ją w ryzach, zniekształciłam dłonie, aby nadać im inny kształt. Dłuższe palce zakończone ostrymi jak brzytwa pazurami, silne, smukłe dłonie z zarysowanymi kośćmi nadgarstków, pokryte drobną, prawie niewyczuwalną czarną łuską. Poprowadziłam Czerń dalej. Pokryła całe ręce, ramiona, potem brzuch, uda, nogi i stopy, a w końcu szyję i twarz. Uśmiechnęłam się wysuwając kły.
I wtedy przyszła do mnie ta wyjątkowa świadomość. Ten moment, kiedy czujesz się całkowicie wolnym i sobą. Ten, w którym czujesz w sobie muzykę, jakbyś był jej częścią. Ten sam, dla którego zdobywasz wysoki szczyt. Błogi moment pogodzenia się z tym, kim się jest. Wiedziałam, że to właśnie ja. I Czerń… ona jest częścią mnie. Tak jak gwiazdy na niebie i szumiący las. To jestem ja. Tak wyglądam naprawdę. Bez maski, bez tarczy i miecza. Tylko ja. Upadłam na ziemię. Znowu podniosłam głowę do góry i z pełną przyjemnością patrzyłam w gwiazdy.
A one patrzyły na mnie.

1 komentarz:

Unknown pisze...

Jeju super rozdział <3
eeej! Jak to nikt nie czyta i nie komentuje? pfff xD
Świetny rozdział <3 Nic dodać nic ująć <3