[odłączenie narratora]
Właśnie wróciłam do domu.
Nic się nie zmieniło. Brat bardzo cieszył, bo
jak tylko weszłam, to rzucił mi się jak wariat na szyje, chociaż wie, że tego
nie lubię. Musiałam się z nimi wszystkimi wyprzytulać, bo by mnie zabili. Ale
wiecie, tym razem jakoś nie żałuję i szczególnie nie było to nieprzyjemne. Też
cieszyłam się jak diabli, że w końcu wróciłam. A przecież nie wiem nawet ile
tam byłam! Dwa tygodnie? Trzy? W czasie kiedy mnie nie było wszystkie sprawy
szkolne, domowe resztę, załatwiał mi Hanselhoff, więc martwię się o nie dopiero
teraz. Jestem ciekawa jak poradził sobie z moimi znajomymi. Wmówienie rodzicom,
że jestem chora i potrzeba mnie wysłać do szpitala, trudne jakoś nie było, a
moi znajomi jak już udowodnili, potrafią „wyrzucić sobie z głowy” takiego typu
sprawy. Przykładem może być chociażby akcja z Sowiośmicą, po której wszyscy
zachowywali się tak, jakby nic się nie stało. A z resztą! Oni się tak zawsze
zachowują. Jak by nie działo się nic specjalnego.
Tak
więc bez wahania włączyłam telefon. Nie bałam się ani potoku przypływających
powiadomień, ani znaczków przy ikonkach plus ileśtam nieodebranych połączeń,
ani przypomnienia od fb, że powinnam jednak sprawdzić co się dzieje z resztą
świata. Jakżesz mnie ta reszta świata wkurza!, to naprawdę, powiem szczerze,
niepomiernie. Cieszę się, że sobie wakacje od socialmedia zrobiłam. Doktorek
kazał mi zostawić telefon u siebie w biurku, ale wolałam, żeby nie odpisywał na
wiadomości czy się snapchatem nie bawił. Chciałam w ostateczności nawet zamknąć
go w skrzynce na peronie ale zmusił mnie jednak do pozwolenia Czarnemu
Piotrusiowi na czuwanie nad nim. Więc kazałam mu raz dziennie włączyć telefon i
odpisać jakoś tak uspokajająco na te najbardziej… hm… zaniepokojone? przejęte?
nie wiem jak to nazwać… wkurzające wiadomości.
A
jednak mnie zatkało.
Cztery
nieodebrane połączenia i z milion nieodczytanych wiadomości. No, no. Widzę, że
jednak ktoś się martwił. Cztery połączenia głosowe- temu się nie dziwię,
dzisiejsza młodzież nie umie juz rozmawiać przez telefon, ale aż tyle smsów?
Dziwne. Sprawdziłam dokładniej. Kurcze. Moja szkolna "paczka" jakoś
bardzo się przejęła, co chwila pisząc "hej, co tam? Co z tb? Czm cie nie
ma?". Paru mniej bliskich ziomków zarzuciło jakimś "hej", paru
ludzi się zainteresowało czy ja czasem w szpitalu nie jestem. I co ja mam im
odpisać? No dobra, to zacznijmy od tego, że chyba raczej nie prawdę… Kiedy to
ja ostatnio coś komuś szczerze powiedziałam? Albo odpowiedziałam prawdziwie na
pytanie "jak tam?"... Hm... byłoby juz z jakieś pół życia, nie? A
przynajmniej dla mnie...
Napisałam
wszystkim, żeby się nie martwili, że nic takiego mi nie jest, wyzdrowieję i
całą masę podobnych bzdur. Niektórych uspokoiłam, innych mniej. Został jeden...
Kolega z klasy. Ten nie dawał za wygraną, sama nie wiem czemu. Szkoda, że
Piotruś nie umie odpisywać, bo jednym zdaniem można by było z tej sytuacji
wybrnąć, a tak, nie wiedziałam co mam zrobić. Udawać, że się cieszę z
zainteresowania, pojechać go żeby sobie odpuścił czy pozwolić mu rościć
nadzieje na jakieś milsze podziękowanie? Odpisałam mu tam jakoś i w sumie tyle,
bo w połowie pisania steku bzdur się wkurzyłam i stwierdziłam, że nie warto
robić więcej i wszystko samo się ułoży.
Szkoła,
ach szkoła! Przez całe trzy lata myślałam, że na koniec będę płakać. W sumie,
do niedawna trwałam w tym kłamstwie, które sobie wmówiłam- że to się tak po
prostu nie skończy. Wiecie, jak to jest, czasami człowiekowi jest dobrze wśród
tych innych, których nawet z dumą potrafi nazwać znajomymi. A potem przychodzi
taki moment, kiedy widać, że może to dobrze, że wszyscy się rozchodzą i
znajomymi jesteście już tylko na facebooku. Do tego tematu to ja jeszcze wrócę,
bo zakończenie roku szkolnego dopiero za tydzień.
A
tymczasem z chęcią poopowiadam o czymś innym. Ogólnie, to dawno się nie
słyszeliśmy. Byłam na tym pierniczonym treningu i jakoś tak narrator wziął
sprawy w swoje ręce. To chyba nawet dobrze, bo mnie by wyszło albo za bardzo
filozoficznie albo za sucho. Nie komentujecie tego co czytacie (o ile
ktokolwiek to czyta xD) więc nie wiem jak mi to wychodzi. Mam nadzieję, że
dobrze… I błagam, nie pytajcie jak to jest z narratorem! Nie umiem tego
wytłumaczyć, to po prostu jest, i tyle. Chcecie to mogę poodpowiadać na wasze
jakieś inne pytania, ale to kiedy indziej. Tylko wyjdę na prostą i ...
Hm…
Przepraszam, że się zawiesiłam na chwilę, ale muszę coś rozważyć. Coś
poważnego…
Wracając!
W nocy trochę
zasnąć nie mogłam. Źle mi było. Za miękko, za ciepło, za jasno. Księżyc w pełni
zaczął mi przeszkadzać. I skrzypienie domu. Nie mogłam się wyluzować, cały czas
spięta i skupiona na odgłosach nocy. Prawie czułam przez ścianę oddechy innych.
Zlazłam zdenerwowana z łóżka i zamknęłam drzwi. Niewiele pomogło. Zasunęłam
rolety i otworzyłam okno. Nie, nadal źle. Położyłam się z kocem na podłodze,
ale wciąż nie mogłam usnąć. Wreszcie dałam za wygraną. Wstałam i poszłam do
kuchni. W lodówce było pełno jedzenia, ale nie byłam głodna. Spojrzałam
litościwie na pilot od telewizora wiszącego na przeciwległej do lodówki
ścianie, ale zniesmaczona nawet go nie tknęłam. Przeciągnęłam się i zeszłam po
schodach na dół, na parter, gdzie w ganku przekręciłam klucz w drzwiach i
wyszłam na zewnątrz. Kiler, mój pies, spał jak zabity przy ścianie i nie drgnął
nawet kiedy boso lazłam po granatowej, nagrzanej przez słońce kostce do ogrodu.
Dopiero tam odetchnęłam i poczułam się spokojna.
Nie było
wiatru. Ciepłe powietrze delikatnie muskało mi policzki, trawa łaskotała w
palce. Spojrzałam na niebo. Rozgwieżdżone, pełne błyskających perełek, małych
słońc. Jak dobrze jest nie myśleć! Podziwiałam prostotę i zawiłość nieba,
rozkoszując się momentem bycia całkiem samą. Nic, tylko ja i to, co mnie
otacza. Księżyc świecił mocno, srebrnym blaskiem olewającym zewsząd moje ciało.
Kształty rzucały delikatny, rozmywający się cień, tworząc plamy na ziemi.
Przeniosłam wzrok na siebie. Bose stopy wydawały się małe. Wyżej nogi, niby
zgrabne, może nawet długie. Potem brzuch, teraz już choć trochę umięśniony,
ładnie widoczny biust. Podniosłam dłonie do oczu, przyglądając się im.
Poruszałam palcami lawirując cieniem. Kolejny raz odetchnęłam z ulgą, a potem z
przyjemnością i całkiem świadomie uformowałam Czerń. Powoli
i delikatnie, utrzymując ją w ryzach, zniekształciłam dłonie, aby nadać im inny
kształt. Dłuższe palce zakończone ostrymi jak brzytwa pazurami, silne, smukłe
dłonie z zarysowanymi kośćmi nadgarstków, pokryte drobną, prawie niewyczuwalną
czarną łuską. Poprowadziłam Czerń dalej. Pokryła całe ręce, ramiona, potem
brzuch, uda, nogi i stopy, a w końcu szyję i twarz. Uśmiechnęłam się wysuwając
kły.
I wtedy
przyszła do mnie ta wyjątkowa świadomość. Ten moment, kiedy czujesz się
całkowicie wolnym i sobą. Ten, w którym czujesz w sobie muzykę, jakbyś był jej
częścią. Ten sam, dla którego zdobywasz wysoki szczyt. Błogi moment pogodzenia
się z tym, kim się jest. Wiedziałam, że to właśnie ja. I Czerń… ona jest
częścią mnie. Tak jak gwiazdy na niebie i szumiący las. To jestem ja. Tak
wyglądam naprawdę. Bez maski, bez tarczy i miecza. Tylko ja. Upadłam na ziemię.
Znowu podniosłam głowę do góry i z pełną przyjemnością patrzyłam w gwiazdy.
A one
patrzyły na mnie.
1 komentarz:
Jeju super rozdział <3
eeej! Jak to nikt nie czyta i nie komentuje? pfff xD
Świetny rozdział <3 Nic dodać nic ująć <3
Prześlij komentarz