-Czeeeeść!-
dobiegam tuptusiowo do fury.
-Wsiadaj mała!-
Otwiera mi drzwi od środka.
Z auta
dobiega głośna muza, jakieś stare polskie rapsy, ale przepiskuję ją wskakując
do środka. No, nie do końca… Jest taka zasada, że najłatwiej jest ukryć coś na
widoku. Dla mężczyzn najbardziej na widoku jest to, co akurat najbardziej
lubią. Znaczy… Zagrałam więc być może trochę poniżej pasa… Zamiast usiąść i
zamknąć za sobą drzwi, uklęknęłam na siedzeniu i wypinając się wyprzytulałam
Łysego. I odjechaliśmy zostawiając wciąż gapiącego się za mną garniturka przed
barem. Odwrócenie uwagi to jedna z technik manipulacji, której można nauczyć
się samemu. Mnie wychodzi to w miarę dobrze, a przynajmniej na tyle, że jeszcze
ani razu nie zmaściłam „planu”.
Jedziemy więc
na luzie uliczkami. Wjeżdżamy na autostradę. Prujemy sto dwadzieścia na godzinę
przy prawie pustej drodze. Jeszcze nie ma godziny finiszu pierwszych zmian na
fabrykach i w szkołach, więc przy stacji benzynowej jest pusto. Zatrzymujemy
się tam. Na parkingu stoją tylko pozamykane tiry i jakaś zdezelowana osobówka.
Parkujemy najdalej jak się da, w najciemniejszym koncie, blisko kosza. Ja
wysiadam, a mój partner w tym czasie się przebiera. Mam jeszcze jedno zadanie, i
zamierzam zrobić je od razu, więc wyrzucam swoją torebkę razem z pieniędzmi do
kosza- ludzie Hanselhoffa ją znajdą. Nie mogąc wrócić do auta, bo mój kolega
wciąż się przebiera opieram się o maskę auta i czekam. Założenie kamizelki
kuloodpornej nie może aż tak długo trwać, ale nie obchodzi mnie co on tam robi
i nie zamierzam podglądać.
Na parking
wjeżdża nowy tir. Obłocone auto mówi samo za siebie, że przebyło już długą
drogę. Na przedzie, przy zderzaku uczepioną ma gumową kaczkę, a jedno z
lusterek trochę poobijane. Tylko tyle dostrzegam, bo tylko to mnie interesuje.
Nie jestem pasjonatką aut i ich nieznajomość nie doskwiera mi aż tak bardzo,
jak źle spięte włosy. Zdejmuję więc elektryzującą kurtkę i rozplatam warkocza.
Przeczochruję trochę brązowe pukle i spinam gumką wysoko w kucyka. Oczywiście
przy tej czynności bluzka odsłania mi brzuch i kawałek pleców, ale jest bardzo
ciepło i mi to nie przeszkadza. Chyba właśnie już od dawna przestały mi
przeszkadzać takie rzeczy. Znaczy nie, nie lubię eksponować brzucha czy coś,
ale ten… ale… Czy ten facet idzie w moją stronę?
Facio, na oko
trzydziestoletni, z trochę dłuższymi włosami zaczesanymi do tyłu i w brązowej, podniszczonej skórzanej kurtce.
Idzie pewnie, ale trochę nerwowo i czujnie. Ma jasną karnację z opalenizną i
lekką szramę na prawym policzku. Odwracam głowę, aby nie gapić się wprost na
niego, tylko obserwować kątem oka. Krzyżuję ręce i czekam. Może zdarzy się coś
ciekawego? Może to będzie coś miłego, na przykład…
-Jedziemy.
Wsiadasz, czy zostajesz?- Łysy wychyla się z auta.
Trucker widzi
mojego partnera i przystaje, a potem widocznie zmieszany wraca z powrotem do
swojej ciężarówki. Acha. Czyli się nie dowiem, czego chciał... No trudno. Patrzę
na plecy Druckera jeszcze przez chwilę i wsiadam na tyły forda. Kiedy Łysy
prowadzi, ja przebieram się szybciutko we własne ciuchy. Teraz zmierzamy już
prosto do domu, a na złożenie raportu Czarnemu Piotrusiowi, będę miała
dosłownie minutę, bo po takim czasie odjeżdża z centrum mój autobus.
Podczas drogi
raczej się do siebie z Łysym nie odzywamy, nie licząc paru moich pytań typu
„jedziesz teraz na akcję?”, „jutro tak samo?”, „boss coś ci mówił?” i jego
odpowiedzi „tak”, „tak”, „nie”. W pączkarni jestem dopiero ok. 15:00 i niestety
ale nie zdążam na autobus, o który się dosłownie ocieram. Siadam więc sobie na ławeczce i czekam. Czekam
już trochę długo, a czasu nie umila mi ani muzyka, bo nie zabrałam słuchawek,
ani facebook, bo ja po prostu nie lubię go przeglądać, ani nawet rozmowa z kimś,
bo nikt nawet się nie dosiada na ławkę. A przecież obok stoi tłum zmęczonych
ludzi, a ja jestem raczej chuda i tak ze trzy osoby to by się na tej ławce
zmieściły... Robi się to trochę zastanawiające i dziwne, więc nawet sprawdzam,
czy czasem drewno nie jest świeżo malowane, ale nie, nie przykleiłam się do
ławki. W autobusie też nikt się nie dosiada i potem chodnikiem do domu również
idę sama. To pewnie normalne, ale jakoś tak to zauważam… Tak samo, jak wtedy,
gdy z rodzicami wchodzimy do pustej restauracji i nagle robi się tłum.
Przypadek, ale dziwny, bo zdarza się bardzo często. W domu całe szczęście nie
jest pusto.
Niby nie mam
co robić, ale i tak na czymkolwiek skupić się nie mogę. Brat mnie strasznie
męczy, więc już do wieczora gram z nim w „Call of Duty”, a potem oglądamy
rodzinnie „nasz serial”. Znaczy z tym serialem, to jest tak, że zaczęliśmy go
oglądać w zeszłe wakacje, jak w deszczowe wieczory nad morzem nie było co
robić, oglądamy do dzisiaj. Chociaż w sumie, to rodzinka ogląda go już sama, bo
ja to zawsze mam coś innego do roboty. Zostawiam ich więc wpatrzonych w
komputer i idę do mojego pokoju. Siadam przy w białym fotelu przy biurku i
łapię za ołówek.
Gdzieś przez
niebo przefrunął gołąb albo może cukrówka, ale jakiś ptak na pewno. W
miasteczku słychać echo szczeknięć jakiegoś narwanego Burka, z okna na parterze
domu wypływa dźwięk radia. Bawię się kosmykiem włosów, niesfornie drapiącym
mnie w policzek. Podłoga na górze skrzypi, a potem cichnie. Cały dom zamyka się
pod kopułą spokojnego letargu. Hm… co oni tak wcześnie skończyli oglądać?
Zerkam na zegar. Jest 1:40.
Na biurku
leży pusta kartka.
1 komentarz:
Ten samotny powrót był dla mnie taki... rzeczywisty? Może dlatego, że nie jest mi to obce doświadczenie.
Prześlij komentarz