To chyba było 14 sierpnia, w
niedzielę…
Obudził
mnie nieprzyjemny i za wczesny ranek, świecąc mi po oczach. Przekręciłam się na
drugi bok, ale to nie pomogło. Dom był wciąż cichy, więc miałam nadzieję na
jeszcze minutkę spokoju. Wczoraj wróciłam bardzo późno. Nie wiem jak to
możliwe, że rodzice wciąż mnie nie uziemili. Przecież ja naginam nagięcie
zasad!
Hanselhoff
wymyśla mi niezłe zlecenia ciągle wyciągając je rękawa, jak jakiś magik. Nie
wiem, czy on ma braki kadrowe, że to mnie wszystko zleca? A może po prostu jego
działalność tak dobrze prosperuje? Albo tym tępakom z „drugiej strony” się
spodobałam i dzwoniąc odwalają gadkę typu: „tylko niech z towarem to ta piękna
lasencja przyjdzie, to dorzuce dwa patyki”. Czasami zdarza się jednak, że wręcz
przeciwnie, klienci błagają zapewne, żeby mnie znowu nie spotkać…
-
O 20:00
siedzieliśmy sobie z Łysym w kolejnej, innej ale równie obskurnej uliczce.
Tym razem
były to okolice mniej przyjemne. Jakieś slumsy, kręcące się gdzieniegdzie
dresy, bezdomni szalejący po wypłacie z zasiłku i kulawe kundle. Krótko- dno
miasta. On siedział po jednej stronie uliczki, ja drugiej. Teraz wyglancowana
byłam inaczej. Buty lakierki na koturnie, spodnie w kant, szara koszula,
marynarka. Do tego krótka czarna peruka, różowa szminka oraz artystyczny makeup
i czarne jak smoła okulary. Z początku nic w nich nie widziałam, ale mam
możliwości i zmieniłam sobie piękne oczka na jeszcze ładniejsze. Kiedy
człowiek, na którego czekaliśmy wyszedł z budynku, nie wiedział jeszcze kim
jesteśmy. Nie wiedział też, że czekaliśmy na niego. Mógł się domyślać, po tym
co zrobił, ale chyba bliskość posiadanego lokalu dawała mu duże poczucie
bezpieczeństwa. Mężczyzna trzasnął za sobą drzwiami przerywając szum muzyki ze
środka. Harknął, splunął na ziemię i grzebiąc po kieszeniach ruszył do samochodu
zaparkowanego pod winklem. Zanim mężczyzna wyłuskał z paczki papierosa i
zapalniczkę, Łysy bezszelestnie zamknął trzaśnięte drzwi mosiężną kłódką bez
kluczyka. Wyłoniłam się z cienia, w którym stał samochód.
-Na twoim
miejscu bym tego nie robiła- uśmiechnęłam się wskazując na leżący przy mojej
nodze karnister.
Mężczyzna
stanął jak wryty i jeszcze w szoku odskoczył do tyłu, wlatując wprost w mojego
partnera i upuszczając papierosa. Oczami wyobraźni widziałam, jak fajka pada na
przesiąkniętą benzyną ziemię, która zajmuje się ogniem, przepływającym falą w
stronę wozu. Suchej ziemi dotyka jednak czysty papieros, który odbija się
gdzieś w bok, dalej od szamotaniny dwójki dużych mężczyzn. Łysy w bluzie z
kapturem wydaje się być słabym przeciwnikiem, ale zgrabnie wyłamuje klientowi
rękę i z ciosem w szyję powala go na ziemię. Ten po chwili na klęczkach, patrzy
na moje buty, łapie oddech i podnosi głowę.
-Skur… wy…
syny!- pluje śliną.
-Wybacz
Kulawy, ale nie przeklinaj proszę, jak ze mną rozmawiasz.
-Nie jestem…
pierdolony… Kulawy! To nie ja! Po… pomyliliście… się!
-Nie, złociutki-
podeszłam do niego, schyliłam się i poklepałam go po policzku- ty zaraz
będziesz kulawy, jak ci mój kolega nogi połamie. Rozumiesz?
Mężczyzna
zacisnął szczękę, gapiąc się na mnie wściekle. Dyszał, nabierając przez nos
hausty powietrza. Był poczerwieniały i spocony. Uśmiechnęłam się miło na jego
ciszę.
-Przejdźmy
więc do interesów… Mój zleceniodawca bardzo nie lubi spóźnialskich. Uważa
bowiem, że tacy ludzie po prostu przybliżają się na własną prośbę do śmierci.
Powiedz mi, Rudolf, dlaczego pieniądze pana Hanselgoffa, się spóźniają?
-Nie jestem,
pierdolonym Rudo…!!!
Trzask
łamanej kości przerwał jego kreatywną odzywkę.
-Teraz już
tak- uśmiechnęłam się wycierając pięść we wcześniej przygotowaną chusteczkę.
Nie chciałam
pobrudzić ubrań.
-A teraz
grzecznie odpowiedz na pytanie. Gdzie pieniądze?
-Nmmpffie mam
żhaadnych pienhhięndzhhyy!- wycharczał spod potoku cieknącej z resztek nosa
juchy.- Jhaaa nichc nie wwwjem!
-Nie? A to
ciekawe,- udałam zdziwioną.- Czyli to nie ty zamówiłeś trzy skrzyneczki
wróżkowego proszku? I to nie ty jesteś podpisany pod papierami? Winny czterech
kafli? I odsetek? Czyli Hanselhoff będzie sobie na biurku trzymał głowę
niewinnego gościa… Jaka szkoda!
Mina klienta
zaczęła przechodzić bardzo różne mimiczne fazy. Złapałam go za włosy i
szarpnęłam do tyłu.
-Słuchaj. Nie
obchodzi mnie, czy masz pieniądze, czy ich nie masz. Przyniosę mu dzisiaj to,
co jest jego. I ty znajdujesz się na liście spóźnialskich. Decyduj się więc
szybko. Co na początek chcesz stracić? Prawą czy lewą nogę?!
-Nhhho
dobhhha! Mam! Mam pienionhdzie! Mam! Czehhkaj…
-Zuch
chłopak!- puściłam go i patrzyłam jak grzebie po kieszeniach.
Wyłuskał
wreszcie kluczyki i jakiś zwitek i podał mi to, wyciągając dłonie jak do
modlitwy.
-To jest
połowa- powiedział Łysy zerkając mu przez ramię.
-Thaaak! Ale…
ale w… w aucie mam reszte. Tam jehhst schowek. W schowku!
Zabrałam mu
kluczyki i z zalanego śmierdzącym płynem wozu, wyciągnęłam reklamóweczkę z
pieniędzmi.
-Okej. Zgadza
się. Nawet z odsetkami! Brawo… Ale jak już mówiłam, pan Hanselhoff nie lubi
spóźnialskich. Spokojnie. Nie będzie bardzo bolało…
Odwróciłam
się, nie patrząc jak Łysy robi z mężczyzny Kulawego. Z dźwiękami jęków
skomponowały się uderzenia o drzwi do klubu. Musieliśmy się już zwijać. Mój
partner dokończył robotę, a potem wsiedliśmy dwie ulice dalej do naszej
zielonej skodziny i odjechaliśmy obserwując ulatujący w niebo dym, z palącego
się wozu.
-
… i taki
miałam wieczór. Spędzony całkiem miło, prawda? To nie tak, że wyżywamy się z Łysym na bezbronnych ludziach. Ten człowiek zwlekał ze spłatą prawie tydzień, a skrzynki wykorzystał, przy czym nieładnie wyrażał się o Hanselhoffie do kolegów. Taka była kara. Sprawiedliwa i w odniesieniu do półświatka w którym się teraz obracam to nawet nie okrutna. Kości się zrosną, auto kupi nowe, a dług spłacił.
Naciągnęłam
koc na głowę, przewróciłam się na drugą stronę i odpłynęłam w miłą chwilkę
drzemki.
Jeszcze tylko chwilka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz