Dodatki na bloga

10/08/2016

23 Rudolf czerowno nosy



To chyba było 14 sierpnia, w niedzielę…
                Obudził mnie nieprzyjemny i za wczesny ranek, świecąc mi po oczach. Przekręciłam się na drugi bok, ale to nie pomogło. Dom był wciąż cichy, więc miałam nadzieję na jeszcze minutkę spokoju. Wczoraj wróciłam bardzo późno. Nie wiem jak to możliwe, że rodzice wciąż mnie nie uziemili. Przecież ja naginam nagięcie zasad!
Hanselhoff wymyśla mi niezłe zlecenia ciągle wyciągając je rękawa, jak jakiś magik. Nie wiem, czy on ma braki kadrowe, że to mnie wszystko zleca? A może po prostu jego działalność tak dobrze prosperuje? Albo tym tępakom z „drugiej strony” się spodobałam i dzwoniąc odwalają gadkę typu: „tylko niech z towarem to ta piękna lasencja przyjdzie, to dorzuce dwa patyki”. Czasami zdarza się jednak, że wręcz przeciwnie, klienci błagają zapewne, żeby mnie znowu nie spotkać…

-
O 20:00 siedzieliśmy sobie z Łysym w kolejnej, innej ale równie obskurnej uliczce.
Tym razem były to okolice mniej przyjemne. Jakieś slumsy, kręcące się gdzieniegdzie dresy, bezdomni szalejący po wypłacie z zasiłku i kulawe kundle. Krótko- dno miasta. On siedział po jednej stronie uliczki, ja drugiej. Teraz wyglancowana byłam inaczej. Buty lakierki na koturnie, spodnie w kant, szara koszula, marynarka. Do tego krótka czarna peruka, różowa szminka oraz artystyczny makeup i czarne jak smoła okulary. Z początku nic w nich nie widziałam, ale mam możliwości i zmieniłam sobie piękne oczka na jeszcze ładniejsze. Kiedy człowiek, na którego czekaliśmy wyszedł z budynku, nie wiedział jeszcze kim jesteśmy. Nie wiedział też, że czekaliśmy na niego. Mógł się domyślać, po tym co zrobił, ale chyba bliskość posiadanego lokalu dawała mu duże poczucie bezpieczeństwa. Mężczyzna trzasnął za sobą drzwiami przerywając szum muzyki ze środka. Harknął, splunął na ziemię i grzebiąc po kieszeniach ruszył do samochodu zaparkowanego pod winklem. Zanim mężczyzna wyłuskał z paczki papierosa i zapalniczkę, Łysy bezszelestnie zamknął trzaśnięte drzwi mosiężną kłódką bez kluczyka. Wyłoniłam się z cienia, w którym stał samochód.
-Na twoim miejscu bym tego nie robiła- uśmiechnęłam się wskazując na leżący przy mojej nodze karnister.
Mężczyzna stanął jak wryty i jeszcze w szoku odskoczył do tyłu, wlatując wprost w mojego partnera i upuszczając papierosa. Oczami wyobraźni widziałam, jak fajka pada na przesiąkniętą benzyną ziemię, która zajmuje się ogniem, przepływającym falą w stronę wozu. Suchej ziemi dotyka jednak czysty papieros, który odbija się gdzieś w bok, dalej od szamotaniny dwójki dużych mężczyzn. Łysy w bluzie z kapturem wydaje się być słabym przeciwnikiem, ale zgrabnie wyłamuje klientowi rękę i z ciosem w szyję powala go na ziemię. Ten po chwili na klęczkach, patrzy na moje buty, łapie oddech i podnosi głowę.
-Skur… wy… syny!- pluje śliną.  
-Wybacz Kulawy, ale nie przeklinaj proszę, jak ze mną rozmawiasz.
-Nie jestem… pierdolony… Kulawy! To nie ja! Po… pomyliliście… się!
-Nie, złociutki- podeszłam do niego, schyliłam się i poklepałam go po policzku- ty zaraz będziesz kulawy, jak ci mój kolega nogi połamie. Rozumiesz?
Mężczyzna zacisnął szczękę, gapiąc się na mnie wściekle. Dyszał, nabierając przez nos hausty powietrza. Był poczerwieniały i spocony. Uśmiechnęłam się miło na jego ciszę.
-Przejdźmy więc do interesów… Mój zleceniodawca bardzo nie lubi spóźnialskich. Uważa bowiem, że tacy ludzie po prostu przybliżają się na własną prośbę do śmierci. Powiedz mi, Rudolf, dlaczego pieniądze pana Hanselgoffa, się spóźniają?
-Nie jestem, pierdolonym Rudo…!!!
Trzask łamanej kości przerwał jego kreatywną odzywkę.
-Teraz już tak- uśmiechnęłam się wycierając pięść we wcześniej przygotowaną chusteczkę.
Nie chciałam pobrudzić ubrań.
-A teraz grzecznie odpowiedz na pytanie. Gdzie pieniądze?
-Nmmpffie mam żhaadnych pienhhięndzhhyy!- wycharczał spod potoku cieknącej z resztek nosa juchy.- Jhaaa nichc nie wwwjem!
-Nie? A to ciekawe,- udałam zdziwioną.- Czyli to nie ty zamówiłeś trzy skrzyneczki wróżkowego proszku? I to nie ty jesteś podpisany pod papierami? Winny czterech kafli? I odsetek? Czyli Hanselhoff będzie sobie na biurku trzymał głowę niewinnego gościa… Jaka szkoda!
Mina klienta zaczęła przechodzić bardzo różne mimiczne fazy. Złapałam go za włosy i szarpnęłam do tyłu.
-Słuchaj. Nie obchodzi mnie, czy masz pieniądze, czy ich nie masz. Przyniosę mu dzisiaj to, co jest jego. I ty znajdujesz się na liście spóźnialskich. Decyduj się więc szybko. Co na początek chcesz stracić? Prawą czy lewą nogę?!
-Nhhho dobhhha! Mam! Mam pienionhdzie! Mam! Czehhkaj…
-Zuch chłopak!- puściłam go i patrzyłam jak grzebie po kieszeniach.
Wyłuskał wreszcie kluczyki i jakiś zwitek i podał mi to, wyciągając dłonie jak do modlitwy.
-To jest połowa- powiedział Łysy zerkając mu przez ramię.
-Thaaak! Ale… ale w… w aucie mam reszte. Tam jehhst schowek. W schowku!
Zabrałam mu kluczyki i z zalanego śmierdzącym płynem wozu, wyciągnęłam reklamóweczkę z pieniędzmi.
-Okej. Zgadza się. Nawet z odsetkami! Brawo… Ale jak już mówiłam, pan Hanselhoff nie lubi spóźnialskich. Spokojnie. Nie będzie bardzo bolało…
Odwróciłam się, nie patrząc jak Łysy robi z mężczyzny Kulawego. Z dźwiękami jęków skomponowały się uderzenia o drzwi do klubu. Musieliśmy się już zwijać. Mój partner dokończył robotę, a potem wsiedliśmy dwie ulice dalej do naszej zielonej skodziny i odjechaliśmy obserwując ulatujący w niebo dym, z palącego się wozu.
-

… i taki miałam wieczór. Spędzony całkiem miło, prawda? To nie tak, że wyżywamy się z Łysym na bezbronnych ludziach. Ten człowiek zwlekał ze spłatą prawie tydzień, a skrzynki wykorzystał, przy czym nieładnie wyrażał się o Hanselhoffie do kolegów. Taka była kara. Sprawiedliwa i w odniesieniu do półświatka w którym się teraz obracam to nawet nie okrutna. Kości się zrosną, auto kupi nowe, a dług spłacił.
Naciągnęłam koc na głowę, przewróciłam się na drugą stronę i odpłynęłam w miłą chwilkę drzemki. 
Jeszcze tylko chwilka.

Brak komentarzy: