Zamach. Mocne
cięcie. Odskok.
Trzy szybkie
cięcia. Odskok.
Zamach. Mocne
cięcie. Szybkie cięcie. Odskok.
-Gin! Dieee you motha fukaaaaaa!
Szybkie
cięcie i …
-Julka!
Przestań tak krzyczeć i wyłącz to wreszcie!
-Chwiiila
jeszcze… wy żabojady, utoce!
-Powiedziałam
wyłącz! I schodź!
-Ta jest,
mamo…
Klikam
ostatni raz wciskam X na padzie, zgładzam potwora do końca i zapisuję grę.
Czwartek,
środek nudnego tygodnia, spędziłam od rana na Skellige razem z Wiedźminem
Geraltem, szlajając się od misji do misji. Musiałam jakoś odreagować te moje
własne. Widać jednak mama nie rozumie, że potrzebuję się wyżyć na padzie, ale
nie mogę mieć do niej pretensji. Oni myślą, że jeżdżę na zajęcia z tańca, na
które rzekomo się zapisałam. Na pytanie, co my tam w Pałacu Kultury w ogóle
robimy odpowiadam zgodnie z prawdą: „A nic, w sumie. Takie tam różne układy…” Jutro
mam nowe niezwykłe zlecenie. Przynieść zakupy starszej pani. Dosłownie! Ale o
tym to może później.
Schodzę
na dół, do babci i sadowię się przy stole. Zupa grzybowa. Dziadek rano
przyniósł świeże borowiki (czy jakieś tam inne) z lasu, bo on jest mistrzem i
nawet jak niby nie ma grzybów, to są. Babcia się namęczyła w kuchni, ale tak
naprawdę, to ona się nie przyzna, ale jej się podoba, że karmi całą rodzinę i bez
niej to byśmy z głodu pomarli.
Zabieram się
ochoczo za gruby makaron.
-Dlaczego
ty nie wyjdziesz gdzieś z domu? Idź do Bartka. Z Krzysiem też mógłbyś się
pobawić…
-Maaaamo.
Nie z Krzyśkiem! A Bartka nie ma, bo pojechał do Bułgarii- mój brat ględzi, szturchając
mnie żebym zrobiła mu więcej miejsca przy stole.
-Nie
tyrp mnie, bo ja cię tyrpnę, młody- ostrzegam go wyłapując makaron z zupy.
-W
Chorwacji, a nie Bułgarii. Edyta mówiła, że znaleźli jakiś dobry pensjonat i
pojechali autem- do rozmowy włącza się babcia.
-No!
A nie jak my, pół tygodnia słońca, pół deszcz.
-Nie
narzekaj Magda. Autem do Chorwacji? A
myślisz, że jak oni sobie tani hotel znajdą to mało wydadzą? A paliwo?-
komentuje tata.
-Mamy
oszczędności- mama kładzie przed nim napakowany talerz.
-Nasze
auta nie nadają się na taką trasę…
Rozmawiają, drocząc się aż
skończę drugie danie i kompot i już wstaję, żeby wyjść, ale mama mnie
powstrzymuje.
-Julia!
A może poszłabyś gdzieś z bratem?
-Eeee…-
waham się.
Już dawno
nigdzie z nim nie byłam. Do domu wracam zmęczona, muszę odreagować, więc raczej
się nim nie zajmuję, a jego doskakiwanie do mnie i miałczenie już mnie nie
rusza. Patrzę na jego minę smutnego kociaczka z makaronem na brodzie i szybko
decyduję.
-No
spok. Ziomuś, idziemy na desię za dziesięć minut, bro!
-Okej!
Babcia, daj pięć złoty na lody…
Zostawiam
rozanielonego Piotrka w kuchni i idę na górę. Wkładam spodenki, skarpetki i
bardziej cool t-shirt (bo przecież ja zawsze spotykam jakiś „ludzi” kiedy
jestem ubrana w robocze ciuchy, a gdzieś idę) i zgarniam deskę zza regału z
książkami. W garażu kompletuję ochraniacze. Piotrek wychodzi i razem idziemy
chodnikiem do szkoły. Nasza podstawówka, ma najbliższe w okolicy, w miarę równe
i betonowe boisko więc jak chcemy pojedź to raczej tam. Niedaleko od mojego
domu jest też ulica prosta jak strzała, ale sporadycznie przejeżdża tamtędy
auto, a to jak dla nas już za wiele.
Na boisku
rozkładamy się przy bramce od strony szkoły. Budyneczek jest mały, bo to tylko podstawówka
i nie daje cienia, bo stoi od północy. Tafla szarego asfaltu jest nagrzana, od
popołudniowego słońca. Od razu biorę łyka przyniesionej ze sobą coli.
-Ej.
Ciekawe czy się wywalę- mówię podając bratu butelkę.
-No!
Zapinam
dokładniej rzepy na nakolannikach i kładę skateboard na ziemi. Dawno nie
jeździłam. Bardzo dawno! W suuumie… Chyba nawet razu się nie przejechałam od
czasu… No. Od dawna. Jakoś od czasu tej akcji z Lexem. Idiota z niego.
-A
skąd wzięłaś colę? Ja szukałem i nie było- gada za mną Piotrek.
-W
komodzie była.
-Której
komodzie? Tej u góry czy na dole?
-A
to my mamy jakąś komodę na górze? Brat, weź pomyśl trochę- śmieję się do
niego.-Z tej na dole w przedpokoju.
-Co?!
To, to tam było?- niedowierza.
Staję
uważnie jedną nogą na desce. Moje piłkarskie buty według zasad nie powinny się
nadawać do jazdy, ale kiedy odpycham się, to całkiem nieźle sunę. Oczywiście
chwiejąc się i z szeroko rozstawionymi rękami do asekuracji.
-Taa.
Było- odpowiadam mu z opóźnieniem.
Kątem
oka widzę jak wspina się na chybotliwą bramkę.
-Tylko
nie spadnij…
-Nie
spadnę!
-Ostatnio
też tak mówiłeś.
Jadę
coraz szybciej już wcale się nie chybocząc. Na zakręcie mocniej uginam kolana
czując pod kołami spękane szczeliny z wystającą z nich trawą. Okrążam boisko
znowu startując z północy na zachód, na południe, wschód i znowu północ.
Obserwuję zmianę cienia, nasłuchuję stęku osiek i czuję lekki wiatr we włosach.
-Kto
tak namiętnie wczoraj dzwonił do ciebie po nocach, co?
-Hę?
-No
te telefony? No brat! Jak film oglądaliśmy.
-Aaa!
To Łucja- odpowiada szybko mamrocząc ostatnie słowo pod nosem.
-Łucja?
To już nie Monika?
-A
weź! Te dziewczyny są jakieś…
I się
zaczęło. Opowiada mi przez ponad godzinę
o koleżankach z klasy, o kumplach, o szkole, a potem jeszcze o grach, lego, YouTub`e,
wycieczce rowerowej sprzed trzech lat, urodzinach jakiegoś tam kolegi i aż
kończy nam się picie.
-Brat, mykaj
do Wieśki po soczek- siadam obok niego na ławkę.
Na desce szło
mi już całkiem nieźle. Wyrobiłam się tak, że nawet nie patrzę już na skateboard
jak robię ostre skręty, albo zatrzymania. Słońce jednak przygrzało trochę w
główkę i zachciało mi się koszmarnie pić.
-Nie ide… ty
idź…
-Co ja? Ty
jesteś ten młodszy! Dylasz, bro…
Nie odpowiada
tylko śmieszkuje szturchając mnie i robiąc tą swoją minkę kota.
Może nie
opowiadałam, albo było to dawno, ale brat jest młodszy ode mnie o niecałe pięć
lat. Chuderlak, w miarę wysoki ale zawsze niższy ode mnie, brązowe włosy i oczy
(jak u mnie), łatwo nabierająca opalenizny karnacja. Ogólnie, to ostatnio
trochę podrósł, bo mogę nosić jego koszulki (przy czym jedną pożyczyłam sobie
na stałe- taką w fale, plażę, palmy, z autem i napisem „Catch the waves”) ale
wciąż jest takim smarkiem co się wkurza jak musi zmywarkę ogarnąć. I jest moim
przeciwieństwem, tylko czasami troszkę widać, że to moja krew.
Siedzimy
sobie tak na ławce, ramie w ramię, patrząc w dal. Przesuwam wzrokiem po bliskim
lesie czując nad sobą czasy podstawówki. Kurczę. Jeszcze z tydzień i nowa
szkoła. Fuck. Za szybko coś zleciało… Nie chcę tak! Ja chcę być dzieckiem! Ja
chę…
What?
Wracam
wzrokiem do miejsca, które mnie zdziwiło. Dach składziku przy południowej
stronie płotu… Ale nie, nie obchodzą mnie niezałatane dziury w dachu i
przeżarte przez korniki deski. Zdziwiło mnie to, co siedziało na dachu. To był
duży kot! Może nie wyraziłam się jasno… To był gigantyczny kot! Nie, jeszcze za
mało jasno…
To był lew!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz