Dodatki na bloga

10/22/2016

24 Betonowe boisko



Zamach. Mocne cięcie. Odskok.
Trzy szybkie cięcia. Odskok.
Zamach. Mocne cięcie. Szybkie cięcie. Odskok.
-Gin! Dieee you motha fukaaaaaa!
Szybkie cięcie i …

-Julka! Przestań tak krzyczeć i wyłącz to wreszcie!
-Chwiiila jeszcze… wy żabojady, utoce!
-Powiedziałam wyłącz! I schodź!
-Ta jest, mamo…
Klikam ostatni raz wciskam X na padzie, zgładzam potwora do końca i zapisuję grę.

Czwartek, środek nudnego tygodnia, spędziłam od rana na Skellige razem z Wiedźminem Geraltem, szlajając się od misji do misji. Musiałam jakoś odreagować te moje własne. Widać jednak mama nie rozumie, że potrzebuję się wyżyć na padzie, ale nie mogę mieć do niej pretensji. Oni myślą, że jeżdżę na zajęcia z tańca, na które rzekomo się zapisałam. Na pytanie, co my tam w Pałacu Kultury w ogóle robimy odpowiadam zgodnie z prawdą: „A nic, w sumie. Takie tam różne układy…” Jutro mam nowe niezwykłe zlecenie. Przynieść zakupy starszej pani. Dosłownie! Ale o tym to może później.
                Schodzę na dół, do babci i sadowię się przy stole. Zupa grzybowa. Dziadek rano przyniósł świeże borowiki (czy jakieś tam inne) z lasu, bo on jest mistrzem i nawet jak niby nie ma grzybów, to są. Babcia się namęczyła w kuchni, ale tak naprawdę, to ona się nie przyzna, ale jej się podoba, że karmi całą rodzinę i bez niej to byśmy z głodu pomarli.
Zabieram się ochoczo za gruby makaron.
                -Dlaczego ty nie wyjdziesz gdzieś z domu? Idź do Bartka. Z Krzysiem też mógłbyś się pobawić…
                -Maaaamo. Nie z Krzyśkiem! A Bartka nie ma, bo pojechał do Bułgarii- mój brat ględzi, szturchając mnie żebym zrobiła mu więcej miejsca przy stole.
                -Nie tyrp mnie, bo ja cię tyrpnę, młody- ostrzegam go wyłapując makaron z zupy.
                -W Chorwacji, a nie Bułgarii. Edyta mówiła, że znaleźli jakiś dobry pensjonat i pojechali autem- do rozmowy włącza się babcia.
                -No! A nie jak my, pół tygodnia słońca, pół deszcz.
                -Nie narzekaj Magda. Autem do Chorwacji?  A myślisz, że jak oni sobie tani hotel znajdą to mało wydadzą? A paliwo?- komentuje tata.
                -Mamy oszczędności- mama kładzie przed nim napakowany talerz.
                -Nasze auta nie nadają się na taką trasę…
Rozmawiają, drocząc się aż skończę drugie danie i kompot i już wstaję, żeby wyjść, ale mama mnie powstrzymuje.
                -Julia! A może poszłabyś gdzieś z bratem?
                -Eeee…- waham się.
Już dawno nigdzie z nim nie byłam. Do domu wracam zmęczona, muszę odreagować, więc raczej się nim nie zajmuję, a jego doskakiwanie do mnie i miałczenie już mnie nie rusza. Patrzę na jego minę smutnego kociaczka z makaronem na brodzie i szybko decyduję.
                -No spok. Ziomuś, idziemy na desię za dziesięć minut, bro!
                -Okej! Babcia, daj pięć złoty na lody…
Zostawiam rozanielonego Piotrka w kuchni i idę na górę. Wkładam spodenki, skarpetki i bardziej cool t-shirt (bo przecież ja zawsze spotykam jakiś „ludzi” kiedy jestem ubrana w robocze ciuchy, a gdzieś idę) i zgarniam deskę zza regału z książkami. W garażu kompletuję ochraniacze. Piotrek wychodzi i razem idziemy chodnikiem do szkoły. Nasza podstawówka, ma najbliższe w okolicy, w miarę równe i betonowe boisko więc jak chcemy pojedź to raczej tam. Niedaleko od mojego domu jest też ulica prosta jak strzała, ale sporadycznie przejeżdża tamtędy auto, a to jak dla nas już za wiele.
Na boisku rozkładamy się przy bramce od strony szkoły. Budyneczek jest mały, bo to tylko podstawówka i nie daje cienia, bo stoi od północy. Tafla szarego asfaltu jest nagrzana, od popołudniowego słońca. Od razu biorę łyka przyniesionej ze sobą coli.
                -Ej. Ciekawe czy się wywalę- mówię podając bratu butelkę.
                -No!
                Zapinam dokładniej rzepy na nakolannikach i kładę skateboard na ziemi. Dawno nie jeździłam. Bardzo dawno! W suuumie… Chyba nawet razu się nie przejechałam od czasu… No. Od dawna. Jakoś od czasu tej akcji z Lexem. Idiota z niego.
                -A skąd wzięłaś colę? Ja szukałem i nie było- gada za mną Piotrek.
                -W komodzie była.
                -Której komodzie? Tej u góry czy na dole?
                -A to my mamy jakąś komodę na górze? Brat, weź pomyśl trochę- śmieję się do niego.-Z tej na dole w przedpokoju.
                -Co?! To, to tam było?- niedowierza.
                Staję uważnie jedną nogą na desce. Moje piłkarskie buty według zasad nie powinny się nadawać do jazdy, ale kiedy odpycham się, to całkiem nieźle sunę. Oczywiście chwiejąc się i z szeroko rozstawionymi rękami do asekuracji.
                -Taa. Było- odpowiadam mu z opóźnieniem.
                Kątem oka widzę jak wspina się na chybotliwą bramkę.
                -Tylko nie spadnij…
                -Nie spadnę!
                -Ostatnio też tak mówiłeś.
                Jadę coraz szybciej już wcale się nie chybocząc. Na zakręcie mocniej uginam kolana czując pod kołami spękane szczeliny z wystającą z nich trawą. Okrążam boisko znowu startując z północy na zachód, na południe, wschód i znowu północ. Obserwuję zmianę cienia, nasłuchuję stęku osiek i czuję lekki wiatr we włosach.
                -Kto tak namiętnie wczoraj dzwonił do ciebie po nocach, co?
                -Hę?
                -No te telefony? No brat! Jak film oglądaliśmy.
                -Aaa! To Łucja- odpowiada szybko mamrocząc ostatnie słowo pod nosem.
                -Łucja? To już nie Monika?
                -A weź! Te dziewczyny są jakieś…
I się zaczęło.  Opowiada mi przez ponad godzinę o koleżankach z klasy, o kumplach, o szkole, a potem jeszcze o grach, lego, YouTub`e, wycieczce rowerowej sprzed trzech lat, urodzinach jakiegoś tam kolegi i aż kończy nam się picie.
-Brat, mykaj do Wieśki po soczek- siadam obok niego na ławkę.
Na desce szło mi już całkiem nieźle. Wyrobiłam się tak, że nawet nie patrzę już na skateboard jak robię ostre skręty, albo zatrzymania. Słońce jednak przygrzało trochę w główkę i zachciało mi się koszmarnie pić.
-Nie ide… ty idź…
-Co ja? Ty jesteś ten młodszy! Dylasz, bro…
Nie odpowiada tylko śmieszkuje szturchając mnie i robiąc tą swoją minkę kota.
Może nie opowiadałam, albo było to dawno, ale brat jest młodszy ode mnie o niecałe pięć lat. Chuderlak, w miarę wysoki ale zawsze niższy ode mnie, brązowe włosy i oczy (jak u mnie), łatwo nabierająca opalenizny karnacja. Ogólnie, to ostatnio trochę podrósł, bo mogę nosić jego koszulki (przy czym jedną pożyczyłam sobie na stałe- taką w fale, plażę, palmy, z autem i napisem „Catch the waves”) ale wciąż jest takim smarkiem co się wkurza jak musi zmywarkę ogarnąć. I jest moim przeciwieństwem, tylko czasami troszkę widać, że to moja krew.
Siedzimy sobie tak na ławce, ramie w ramię, patrząc w dal. Przesuwam wzrokiem po bliskim lesie czując nad sobą czasy podstawówki. Kurczę. Jeszcze z tydzień i nowa szkoła. Fuck. Za szybko coś zleciało… Nie chcę tak! Ja chcę być dzieckiem! Ja chę…
What?
Wracam wzrokiem do miejsca, które mnie zdziwiło. Dach składziku przy południowej stronie płotu… Ale nie, nie obchodzą mnie niezałatane dziury w dachu i przeżarte przez korniki deski. Zdziwiło mnie to, co siedziało na dachu. To był duży kot! Może nie wyraziłam się jasno… To był gigantyczny kot! Nie, jeszcze za mało jasno…
To był lew!

Brak komentarzy: