Dodatki na bloga

3/25/2017

31 Sztuka nowoczesna.- Kryształy i drzewa #5



Ostatnia z nici pęka.
Więzy już nie więżą. Potwór uwolniony. W oczach wściekłość i pragnienie mordu. Zew krwi, a w żyłach czerń. Z gardła wydobywa się ryk, skóra twardnieje i napina zamieniając w łuski. W paszczy kły, u dłoni pazury, w głowie tylko szał.

Zabić! Zabić! Zabić!


-Zabić…

Słowa giną w nagłym szumie. Kobieta cofa dłoń nie rozumiejąc. Doznaje oszołomienia, a potem bólu. Oboje, zwarci w agresywnym tańcu, wchodzą między drzewa. Na oczach swych dzieci, matka jest szarpana, cięta, gryziona, łamana... Gałęzie trzeszczą jak kości, w powietrzu rozbrzmiewa wrzask. Ciągły, przeszywający i agonalny. I wreszcie nastaje zimna cisza i monstrum odsuwa się od swego dzieła. Wosk kapie zmieszany z krwią na porytą ziemię. Na gałęziach, rozpięta między drzewami wisi ona- kobieta obejmuje swe dzieci w cuchnącym śmiercią uścisku. Dym rozwiewa się i dokładnie widać zaszklone, rozszerzone ze zgrozy oczy, wykrzywione usta. Rozwarta na oścież klatka piersiowa i brzuch ukazują kręgosłup i wypływające ze środka ciała wnętrzności. Powykrzywiane palce, wpijają się w gałęzie i gałęzie wpijają się w wnętrze kobiety. Kobieta karmi swe dzieci. Zmęczone walką stworzenie opada na ziemię wciągając  płuca wolne od trucizny powietrze. Wściekłość opada, czerń przestaje wrzeć, a organizm powoli się uspokaja. 

Opuszkami przesuwam po ziemi, czując wyżłobienia w drewnie, odstające sęki, rysy i przetarcia. Skupiam się na nich, analizuję.Nie wiem ile tak leżę, ale ogień w kominku zaczyna wątleć, a smród staje się bardziej nie do zniesienia. Siadam, mając przed sobą groteskowy obraz. Krew nadal kapie… Pora się zbierać. Wstaję i otrzepuję nogi ale na niewiele się to zdaje. Jestem cała brudna. Krzywię się i rozglądam torbą, która musiała mi spaść podczas walki. Leży pod chwiejącą się szafą niedaleko. Zamknięta, więc nie sprawdzam czy wszystko jest. Nóż też zgubiłam, ale jego szukać mi się nie chce. Muszę jakoś obejść trupa. Sprawdzam, ale niestety z każdej strony zagrodzona jestem szafami i regałami a jedynym przejściem była ścieżka między drzewami, która teraz już praktycznie nie istnieje.
Wzruszam ramionami i wybieram wyglądającą na najbardziej przegnitą szafę. Pociągam za drzwiczki ale jednak nie chcą się otworzyć. Chciałam przebić sobie przejście przez nią, ale jak się nie da, to zniszczę całą. Łapię za górny, wystający róg, napinam się i ciągnę, a mebel leci za mną i upada z hukiem na podłogę wzbijając tym w powietrze falę kurzu. Zamiast przejścia widzę plecy kolejnej szafy i z nią robię to samo, tylko pchając ją, a nie ciągnąc. Przechodzę po niej i dalej znajduję już wąskie przejście i ten korytarzyk z regałów, który już wcześniej przebadałam. Podchodzę do drzwi i kładę dłoń na klamce i… zatrzymuję się.
Trzeba to wszystko spalić.
Myśl jest dobra, ale z wykonaniem gorzej. Nie spotkałam przecież żadnego kanistra więc pozostaje ułożyć wszystko w stosik i podpalić ręcznie. No dobra, to trzeba się wziąć do roboty, bo już za długo tu sterczę…
 Jakiś czas później, po metodycznym przesuwaniu szaf, łamaniu regałów, znoszeniu papierzysk i układaniu tego wszystkiego tak, by jak najlepiej zajęło się ogniem, patrzę ostatni raz na wystające marnie ponad stos gałęzie i podpalam wszystko w paru miejscach. Całe pomieszczenie nadal wydaje się być ogromne, ale teraz na brzegach jest całkowicie opustoszałe, bo zebrałam dosłownie wszystkie meble i przedmioty, a nawet ten ciężki drewniany stół i kocioł, i ułożyłam tak, że było marną kupką o środku stanowiącym śmierdzącego już poważnie trupa. Dopiero wtedy, gdy całość rozjarzyła się płomieniami, a czarne drzewa zaczęły skwierczeć i kwiczeć, odeszłam.
 Na zewnątrz słońce wisi w najwyższym punkcie na niebie. Wreszcie nie czuć smrodu ani stęchlizny i jest tak jasno, że nic nie widzę i muszę zmrużyć oczy aby nie oślepnąć. Przyklękam na szeleszczącej sucho trawie i wdycham wakacyjne powietrze. Meh, nadal coś tu śmierdzi… A nie, to przecież ja. Okropnie się uwaliłam i chyba nie powinnam tak wracać do domu. Zbieram się więc i skrótem zmierzam nad rzekę.
Dzień jest tak leniwy jak strumyk i nie spotykam żadnego spacerowicza, ani leśnego zwierzaka, a nawet pasikoniki ukrywają się głęboko w cieniu. Zdejmuję buty. Są poszarpane i podziurawione, z resztą skarpetki też.
-Do wywalenia- kwituję niechętnie- Ech… lubiłam te buty.
Włażę w ciuchach do płytkiej wody i kładę się na piasku, zanurzając się cała. Ten chłód jest przyjemny, orzeźwiający. Od razu wraca mi ułamek potrzebnej teraz energii. Szoruję ciało piachem, tak jak wtedy… Wtedy. Ale nie myślę o tym, nie myślę o niczym. Po prostu. Muszę się umyć i tyle.
Po jakimś czasie wyłażę mokra na most i wyciskam ubranie tworząc na deskach ciemne ślady, które prawie od razu wysychają. Też muszę wyschnąć, więc włażę na poręcz i ogrzewam się w parzącym słońcu. Po jakimś czasie rzeczywiście jestem już sucha. Wkładam resztki butów, odwiązuję torbę z poręczy i maszeruję do domu.
Praktycznie w drzwiach dziadek naskakuje na mnie pytając o zniszczone trampki.
-Dziadek, tylko nie mów babci, okej? No dobra… no więc tak sobie o, postanowiłam przejść na skróty przez płotek i no, zahaczyłam się, wiesz…
-Mój boże! Dziecko daj te buty!- zabiera strzępy trampek i chowa pod koszulę.- Niech babcia tego nie widzi, bo zawału dostanie…
I dobrze, że zabrał, bo przynajmniej to mam akurat już z głowy.
No tak, jednak przydałoby się prysznic… W domu oprócz dziadków nikogo nie ma, i po tym co zostawili to wydaje się, że pojechali na rowery, więc przez jakiś czas zagwarantowany mam spokój. Rzucam torbę na łóżko i włażę do łazienki. Swoją drogą… jakie to szczęście, że nie spotkałam nikogo ani w lesie, ani po drodze do domu.
Taak… dzisiejszy dzień i słowo szczęście…

Brak komentarzy: