Ostatnia z
nici pęka.
Więzy już nie
więżą. Potwór uwolniony. W oczach wściekłość i pragnienie mordu. Zew krwi, a w
żyłach czerń. Z gardła wydobywa się ryk, skóra twardnieje i napina zamieniając
w łuski. W paszczy kły, u dłoni pazury, w głowie tylko szał.
Zabić! Zabić! Zabić!
-Zabić…
Słowa giną w
nagłym szumie. Kobieta cofa dłoń nie rozumiejąc. Doznaje oszołomienia, a potem
bólu. Oboje, zwarci w agresywnym tańcu, wchodzą między drzewa. Na oczach swych
dzieci, matka jest szarpana, cięta, gryziona, łamana... Gałęzie trzeszczą jak
kości, w powietrzu rozbrzmiewa wrzask. Ciągły, przeszywający i agonalny. I
wreszcie nastaje zimna cisza i monstrum odsuwa się od swego dzieła. Wosk kapie
zmieszany z krwią na porytą ziemię. Na gałęziach, rozpięta między drzewami wisi
ona- kobieta obejmuje swe dzieci w cuchnącym śmiercią uścisku. Dym rozwiewa się
i dokładnie widać zaszklone, rozszerzone ze zgrozy oczy, wykrzywione usta.
Rozwarta na oścież klatka piersiowa i brzuch ukazują kręgosłup i wypływające ze
środka ciała wnętrzności. Powykrzywiane palce, wpijają się w gałęzie i gałęzie
wpijają się w wnętrze kobiety. Kobieta karmi swe dzieci. Zmęczone
walką stworzenie opada na ziemię wciągając
płuca wolne od trucizny powietrze. Wściekłość opada, czerń przestaje
wrzeć, a organizm powoli się uspokaja.
Opuszkami przesuwam po ziemi, czując
wyżłobienia w drewnie, odstające sęki, rysy i przetarcia. Skupiam się na nich,
analizuję.Nie wiem ile
tak leżę, ale ogień w kominku zaczyna wątleć, a smród staje się bardziej nie do
zniesienia. Siadam, mając przed sobą groteskowy obraz. Krew nadal kapie… Pora
się zbierać. Wstaję i otrzepuję nogi ale na niewiele się to zdaje. Jestem cała
brudna. Krzywię się i rozglądam torbą, która musiała mi spaść podczas walki.
Leży pod chwiejącą się szafą niedaleko. Zamknięta, więc nie sprawdzam czy
wszystko jest. Nóż też zgubiłam, ale jego szukać mi się nie chce. Muszę jakoś
obejść trupa. Sprawdzam, ale niestety z każdej strony zagrodzona jestem szafami
i regałami a jedynym przejściem była ścieżka między drzewami, która teraz już
praktycznie nie istnieje.
Wzruszam
ramionami i wybieram wyglądającą na najbardziej przegnitą szafę. Pociągam za
drzwiczki ale jednak nie chcą się otworzyć. Chciałam przebić sobie przejście
przez nią, ale jak się nie da, to zniszczę całą. Łapię za górny, wystający róg,
napinam się i ciągnę, a mebel leci za mną i upada z hukiem na podłogę wzbijając
tym w powietrze falę kurzu. Zamiast przejścia widzę plecy kolejnej szafy i z
nią robię to samo, tylko pchając ją, a nie ciągnąc. Przechodzę po niej i dalej
znajduję już wąskie przejście i ten korytarzyk z regałów, który już wcześniej
przebadałam. Podchodzę do drzwi i kładę dłoń na klamce i… zatrzymuję się.
Trzeba to
wszystko spalić.
Myśl jest
dobra, ale z wykonaniem gorzej. Nie spotkałam przecież żadnego kanistra więc
pozostaje ułożyć wszystko w stosik i podpalić ręcznie. No dobra, to trzeba się
wziąć do roboty, bo już za długo tu sterczę…
Jakiś czas
później, po metodycznym przesuwaniu szaf, łamaniu regałów, znoszeniu papierzysk
i układaniu tego wszystkiego tak, by jak najlepiej zajęło się ogniem, patrzę
ostatni raz na wystające marnie ponad stos gałęzie i podpalam wszystko w paru
miejscach. Całe pomieszczenie nadal wydaje się być ogromne, ale teraz na
brzegach jest całkowicie opustoszałe, bo zebrałam dosłownie wszystkie meble i
przedmioty, a nawet ten ciężki drewniany stół i kocioł, i ułożyłam tak, że było
marną kupką o środku stanowiącym śmierdzącego już poważnie trupa. Dopiero
wtedy, gdy całość rozjarzyła się płomieniami, a czarne drzewa zaczęły
skwierczeć i kwiczeć, odeszłam.
Na zewnątrz
słońce wisi w najwyższym punkcie na niebie. Wreszcie nie czuć smrodu ani
stęchlizny i jest tak jasno, że nic nie widzę i muszę zmrużyć oczy aby nie
oślepnąć. Przyklękam na szeleszczącej sucho trawie i wdycham wakacyjne
powietrze. Meh, nadal coś tu śmierdzi… A nie, to przecież ja. Okropnie się
uwaliłam i chyba nie powinnam tak wracać do domu. Zbieram się więc i skrótem
zmierzam nad rzekę.
Dzień jest
tak leniwy jak strumyk i nie spotykam żadnego spacerowicza, ani leśnego
zwierzaka, a nawet pasikoniki ukrywają się głęboko w cieniu. Zdejmuję buty. Są
poszarpane i podziurawione, z resztą skarpetki też.
-Do wywalenia-
kwituję niechętnie- Ech… lubiłam te buty.
Włażę w
ciuchach do płytkiej wody i kładę się na piasku, zanurzając się cała. Ten chłód
jest przyjemny, orzeźwiający. Od razu wraca mi ułamek potrzebnej teraz energii.
Szoruję ciało piachem, tak jak wtedy… Wtedy. Ale nie myślę o tym, nie myślę o
niczym. Po prostu. Muszę się umyć i tyle.
Po jakimś
czasie wyłażę mokra na most i wyciskam ubranie tworząc na deskach ciemne ślady,
które prawie od razu wysychają. Też muszę wyschnąć, więc włażę na poręcz i
ogrzewam się w parzącym słońcu. Po jakimś czasie rzeczywiście jestem już sucha.
Wkładam resztki butów, odwiązuję torbę z poręczy i maszeruję do domu.
Praktycznie w
drzwiach dziadek naskakuje na mnie pytając o zniszczone trampki.
-Dziadek,
tylko nie mów babci, okej? No dobra… no więc tak sobie o, postanowiłam przejść
na skróty przez płotek i no, zahaczyłam się, wiesz…
-Mój boże!
Dziecko daj te buty!- zabiera strzępy trampek i chowa pod koszulę.- Niech
babcia tego nie widzi, bo zawału dostanie…
I dobrze, że
zabrał, bo przynajmniej to mam akurat już z głowy.
No tak,
jednak przydałoby się prysznic… W domu oprócz dziadków nikogo nie ma, i po tym
co zostawili to wydaje się, że pojechali na rowery, więc przez jakiś czas
zagwarantowany mam spokój. Rzucam torbę na łóżko i włażę do łazienki. Swoją
drogą… jakie to szczęście, że nie spotkałam nikogo ani w lesie, ani po drodze
do domu.
Taak…
dzisiejszy dzień i słowo szczęście…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz