Teraz czuję to wyraźnie.
Za
plecami mam palącą obecność. Namacalne zagrożenie. Słyszę jego głęboki oddech,
szelest tkaniny, zgrzyt zębów. Zaciskam pięści, powstrzymując w sobie wrzącą, czarną burzę wściekłości i powoli się odwracam. Szybko lustruję wzrokiem przeciwnika.
Bose, drobne,
czerwone stópki, jak gdyby kąpane w soku malinowym, wystające spod długiej, ciemnozielonej
sukni. Kołyszące się wciąż strzępy kolorowych materiałów wiszących u bioder.
Szary sweterek związany u szyi sznurkiem. Zakrywająca twarz, czarna koronka,
przykrywająca również strąki ciemnych włosów. Chude kończyny noszące długie za
łokieć, skrywające się w fałdach rękawów, rękawiczki. Palce u prawej dłoni
oplatające rączkę konewki. Lewa dłoń spoczywająca luźno na biodrze. Nie ma
widocznej broni. Jest przygarbiona i bardzo szczupła, a gdyby nie rozkloszowany
dół sukienki, ubranie wisiałoby na niej jak na wieszaku. I śmierdzi… śmiercią,
zgnilizną, rozkładem, kurzem, pleśnią i krwią. Jak cały jej dom z resztą.
Nie wiem skąd
się pojawiła, ale poruszała się równie bezszelestnie jak teraz obie na siebie
parzyłyśmy. Kiedy tylko próbowałam uformować pytanie, a żeby to zrobić musiałam
pomyśleć o… ofiarach, wtedy zbierało mi się na wymioty, więc powstrzymywałam
się przed myśleniem. Ale ile można? Ile można tak stać?! Poruszyłam wolno dłonią
aby zachęcić postać do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Najlepiej dla mnie
byłoby gdyby doszło wreszcie do konfrontacji z jednym tylko żywym wygranym…
Chociaż po przeciwniku można się spodziewać już teraz bycia martwym. Martwym
jak te dzieci, które… które co? Pożerała? O Boże! Robiła z nich potrawkę?!
-Pożerałaś
je…- wypowiedziałam powoli, a głos nie drżał mi, ani się nie wahał.
Kobieta
przekrzywiła głowę i spojrzała na mnie i szafę, za którą stał kocioł.
-Nieee-
chrypliwy głos wydymał koronkę.- Nie jem… dzieci.
-Zabijasz je.
Spod
materiału wydobywa się skrzekliwy, urywany śmiech.
-Wilki,-
rzęzi.- zabijają zające.
-Wilki
zabijają, by przeżyć, ty zabijasz dla zabawy.
-Nie bawię
się z dziećmi- kręci głową.- Dzieci są mi potrzebne. Bardzo… potrzebne.
-Do czego? Po
co zabijasz?
Przygryzam
język by nie paplać głupot, pytam beznamiętnie. Tak naprawdę nie obchodzi mnie
co ona ma do powiedzenia. W tamtym momencie już nawet nie mogę się doczekać aby
rzucić się na nią i nie poszatkować jej, tak jak zrobiła to z niewinnymi…
Opamiętuję się. Zdzielam sobie mentalnie z liścia w twarz i wywalam emocje z
głowy. Mimo wszystko zabijanie jest złe. Zabijanie jest złe… i dlatego tej
kobiecie, temu czemuś, trzeba dać szansę. Nie można pochopnie oceniać, nie
można działać impulsywnie. Nie w takich sytuacjach.
Kobieta cofa
się do tyłu i zaczyna mówić.
-Miłość…
zmusza do robienia… rzeczy. Ludzie, płodzą obrzydliwość… dzieci, z miłości.-
Mówi jakby nie robiła tego od dłuższego czasu,
jakby struny głosowe też zdążyły się zakurzyć. Cofa się coraz bardziej.
Odległość między nami niebezpiecznie się zwiększa i podążam za nią, byle mi nie
uciekła, nie teraz.
-Moje dzieci
są piękne… Rosną. Delikatne… Kocham moje dzieci.-
Patrzę jak
rozgląda się gdzieś na boki, kręci głową, potrząsa konewką. A potem schyla się
i podlewa drzewa wokoło, rosząc płyn zostawiający ciemne, purpurowe plamy.
Marszczę nos pod wpływem ostrego zapachu krwi. Wzdrygam się, ale nie przerywam
jej kiedy mówi dalej.
-Dają mi
miłość. Dobrą miłość… dzięki niej żyję. Opiekuję się nimi… taak… Dbam o was,
dbam, moje najdroższe!-
Wypowiada to
w przestrzeń, gdzieś na boki, tam gdzie niczego żywego nie ma. Urojenia,
kobieta ma fatalne urojenia i powinna trafić do szpitala psychiatrycznego. A
może nie? Ja też wydaję się być wariatem, a do tej pory to z czym się zetknęłam
było całkiem prawdziwe. A wiec do kogo ona mówi? O czym ona mówi? Kim tak
naprawdę jest i gdzie tu motyw?
Postać
lawiruje między gałęziami, materiał o milimetry mija płomyki świec, w około
rzucają się delikatne cienie.
-Jestem
waszą… ich opiekunką. Potrzebują mnie, a ja ich. I potrzebuję tych małych… tego
obrzydlistwa. Ale ja robię dobrze. Spójrz jakie piękne!
Głaszcze
powykręcane gałęzie drzew.
Jej „dzieci”
to drzewa... ?
-Do czego
potrzebujesz… ludzi?- pytam cicho. - Co z nimi robisz?
Postać
wzdryga się i zatrzymuje. Patrzy na mnie, jak gdybym była nic nie rozumiejącą
idiotką. Pewnie jestem.
-Karmię…
karmię nimi moje dzieci. Nie widzisz? Nie widzisz jak bardzo je kocham?!
I nagle jest
wściekła. Marszczy twarz i zwęża oczy do ciemnych, błyszczących szparek.
-Ale to nic…-
uspokaja się i na nowo łagodnieje.- Nie musisz nic rozumieć.
Ale ja
rozumiem. Miłość- w tym wypadku siła, która wraz z pragnieniem wiecznego życia
doprowadza do obrzydliwych czynów. Kobieta pragnie życia, wiecznej młodości,
afrodyzjaku czy czegokolwiek innego, co
dają jej drzewa. Moja intuicja jeszcze bardziej od wypowiedzianych przed
chwilą słów utwierdza mnie w niemiłym przekonaniu, że nie mam co liczyć na
„skruchę mordercy” i pozostaje mi… rozwiązać problem. Tak. Chociaż nie
powinniśmy tego tak spłaszczać, ale jednak w inny sposób nie byłabym chyba w
stanie.
-Nie mogę
pozwolić Ci zabijać- mówię.- Nie chcę robić Ci krzywdy, nie przyszłam tu w tym
celu... Ale to co zobaczyłam i co mi pokazujesz nie pozostawia mi wyboru. Nie
musi się tak kończyć… Wystarczy, że przestaniesz zabijać.
-Przestanę?-
istota zamiera wpatrując się we mnie.
Z konewki
leję się na korzenie lepka krew. Plask uderzających na boki kropel i szmer
ocierających się o siebie gałęzi. Za plecami trzaskający ogień. Po nogach
powinno bić ciepło, ale wciąż czuję tylko chłód. Powietrze zastyga jak bicie
mego serca oczekujące odpowiedzi.
-Nigdy!
Postać rzuca
się w tył ginąc w gąszczu, a ja zdążam tylko doskoczyć do drzew aby patrzeć,
już teraz, w pustkę. Wyblakłe płomyki błyszczą w półcieniu nie wyjmując z
rzeczywistości niczego ciekawszego ponad nieobecność mojego przeciwnika. Niedobrze. Jestem
odsłonięta, na nieznanym terenie, z nieznanym mi przeciwnikiem.
Odskakuję w
tył, do kominka i przyklękam, dłonią dotykając oblezionych sadzą kamieni. Teraz
za plecami jest tylko ogień i ściana, a do jakichkolwiek przeszkód ponad trzy
metry. Ta odległość może okazać się zbawcza, jeśli chodzi o szybkość reakcji.
Co dalej? Moment zastanowienia i oczywista decyzja. Czerń jeszcze nie... nie chcę czerni... nie, ale z za
paska wyciągam nóż. Trzeba by jeszcze zdjąć torbę… Ale nie, też lepiej nie, bo przekładając ją przez ramię odsłoniłabym brzuch i ograniczyła sobie ruchy.
Argh! No gdzie ona jest?! Ile można tak
siedzieć? Niech wreszcie zaatakuje! Nie, nie, spokój. Spokój, Julka! Jak się
stąd ruszysz, to odsłonisz sobie plecy. Tak przynajmniej widzisz co się wokół
ciebie dzieje. Spokój! Jeszcze wlazłabyś w pułapkę, bo przecież ona może je
właśnie zastawiać. No już, za miast tego pomyśl o swoich możliwościach. Czy
jest stąd inne wyjście? Żadnego nie widziałaś ale… komin! Przecież można byłoby
uciec kominem! Z tak prymitywnego kominka na pewno będzie prymitywny szyb i
można byłoby się wspiąć się nim na dach i na zewnątrz… ale… Czy na pewno chcę
uciekać? No bo w sumie… Nie. Nie mogę uciec. Nie teraz. Co ja w ogóle
wyprawiam! Julka! No już! Tamte dzieciaki już nie żyją. Nie myśl o nich. Wiesz
co musisz zrobić. Więc przestań cudować i to zrób. No już, nie takie rzeczy
przeszłaś. Pamiętaj kim teraz jesteś. Przestań… Ilu?!
Przestań. Kim jesteś do jasnej cholery?! KIM?! Dość.
Drzewa
szeleszczą. Nie, nie drzewa… A może? Nie skupiam się na dźwięku. Zamiast tego
nabieram głębokiego oddechu i sprawiam, że widzę ją dokładniej. Poświaty przybierają
lekko fioletowej barwy, czuję jak czas zwalnia i łaskotanie zmieniających się
pod skórą tkanek, napinających się mięśni.
Wychodzi
spomiędzy regałów po mojej prawej. Idąc porusza mocno biodrami i wydaje się
jakby sunęła nie poruszając stopami, niż rzeczywiście kładła je na ziemi.
Trzyma coś w obydwu dłoniach, specjalnie wyciągając je na boki, żebym dokładnie
widziała. Co to jest…? Duże, szmaciaste zawiniątka syczące delikatnie jak
dynamitowy ląt… Są kolejne, ale te przytroczone do sukni, mniejsze, już tylko
gardłowo mruczą, łapczywie rwąc powietrze,
wprawiając je w falowanie pod wpływem ciepła… a może nie… I nagle z tych
przy pasie zaczyna wypływać mlecznobiały dym, pędzący po sukni kobiety w dół i
rozpraszający się na podłodze jak macki. Zmieniam ułożenia noża w dłoni i
jednocześnie syczenie ustaje, a duże zawiniątka zaczynają wypluwać z siebie
zielone obłoki, które prawie natychmiast rozrzedzają się w powietrzu.
Jest źle.
Kiedy
doskakuję do niej atakuję od dołu, w podbródek, ale
jej twarz miga mi tylko po boku, kiedy robi unik i ocierając się o mnie ląduje
za moimi plecami. Odwracam się w miejscu wybijając dłoń aby rozpędęm zwiększyć
siłę uderzenia, ale nie trafiam. Kobieta wygina ciało do tyłu i znowu unika mojego
ataku. Podążam za nią, ale nagle zmienia kierunek i fruwający w
powietrzu materiał sukni uderza mi o lewą nogę kiedy staje praktycznie koło
mnie. Brodzę w mlecznym dymie już po kolana i jego poziom podnosi się coraz
wyżej. Czy to czasem nie jest w brew fizyce? Dym wydaje się kumulować tylko wokół mnie. Kopię na oślep i trafiam… w coś,
ale postać nawet nie drga, jakby nie poczuła. Chybiłam? Nagle dostaję w twarz.
Głowa odskakuje mi do tyłu, a nos promieniuje bólem. Robię wypad w tył i unik.
Kolejne uderzenie i ból na policzku. Zwiększam dystans unikając kolejnego
ciosu. Jest cholernie szybka… a ja coraz wolniejsza.
Zabij!
Dym dotarł
już do szyi i zaczynam się w nim powoli zanurzać.
Wyciągam się w górę i patrzę na kobietę i jej promienny, szyderczy uśmiech.
Krew! Słodka krew!
Potrząsam
głową w której pojawiają się obce myśli. Moje?
Niszczyć! Zabijać! Niszczyć!
Ciało powoli
staje się wolne, drętwieje. Upadam pod ciężarem własnej materii na kolana, w
wirującą biel.
Zabij! Niszcz! Zabij!
Dłonie drżą…
umysł powoli wpada w trans. W ustach czuję metaliczny posmak.
Zniszcz ją! Zabij! Rozszarp i pożryj! Niech kły
obleje słodka krew! Pazury niech rozerwą ciało!
-Dość…-
mamroczę- Przestań…
Moje ciało
wygina się spazmatycznie, oddechy stają się krótkie i urywane.
-Przestać?-
podchodzi i kładzie mi dłoń na głowie- Nigdy…
W całym ciele
czuję palący ból, jak gdybym powoli się topiła.
Krew! Pragnienie! Głód! Krew!
...
Najsilniej wierzga mocno ranione zwierze.
Cdn.
1 komentarz:
Warto było czekać na ten rozdział
Prześlij komentarz