Dodatki na bloga

3/19/2017

30 Białe macki.- Kryształy i drzewa #4



Teraz czuję to wyraźnie.

                Za plecami mam palącą obecność. Namacalne zagrożenie. Słyszę jego głęboki oddech, szelest tkaniny, zgrzyt zębów. Zaciskam pięści, powstrzymując w sobie wrzącą, czarną burzę wściekłości i powoli się odwracam. Szybko lustruję wzrokiem przeciwnika.

Bose, drobne, czerwone stópki, jak gdyby kąpane w soku malinowym, wystające spod długiej, ciemnozielonej sukni. Kołyszące się wciąż strzępy kolorowych materiałów wiszących u bioder. Szary sweterek związany u szyi sznurkiem. Zakrywająca twarz, czarna koronka, przykrywająca również strąki ciemnych włosów. Chude kończyny noszące długie za łokieć, skrywające się w fałdach rękawów, rękawiczki. Palce u prawej dłoni oplatające rączkę konewki. Lewa dłoń spoczywająca luźno na biodrze. Nie ma widocznej broni. Jest przygarbiona i bardzo szczupła, a gdyby nie rozkloszowany dół sukienki, ubranie wisiałoby na niej jak na wieszaku. I śmierdzi… śmiercią, zgnilizną, rozkładem, kurzem, pleśnią i krwią. Jak cały jej dom z resztą.
Nie wiem skąd się pojawiła, ale poruszała się równie bezszelestnie jak teraz obie na siebie parzyłyśmy. Kiedy tylko próbowałam uformować pytanie, a żeby to zrobić musiałam pomyśleć o… ofiarach, wtedy zbierało mi się na wymioty, więc powstrzymywałam się przed myśleniem. Ale ile można? Ile można tak stać?! Poruszyłam wolno dłonią aby zachęcić postać do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Najlepiej dla mnie byłoby gdyby doszło wreszcie do konfrontacji z jednym tylko żywym wygranym… Chociaż po przeciwniku można się spodziewać już teraz bycia martwym. Martwym jak te dzieci, które… które co? Pożerała? O Boże! Robiła z nich potrawkę?!
-Pożerałaś je…- wypowiedziałam powoli, a głos nie drżał mi, ani się nie wahał.
Kobieta przekrzywiła głowę i spojrzała na mnie i szafę, za którą stał kocioł.
-Nieee- chrypliwy głos wydymał koronkę.- Nie jem… dzieci.
-Zabijasz je.
Spod materiału wydobywa się skrzekliwy, urywany śmiech.
-Wilki,- rzęzi.- zabijają zające.
-Wilki zabijają, by przeżyć, ty zabijasz dla zabawy.
-Nie bawię się z dziećmi- kręci głową.- Dzieci są mi potrzebne. Bardzo… potrzebne.
-Do czego? Po co zabijasz?
Przygryzam język by nie paplać głupot, pytam beznamiętnie. Tak naprawdę nie obchodzi mnie co ona ma do powiedzenia. W tamtym momencie już nawet nie mogę się doczekać aby rzucić się na nią i nie poszatkować jej, tak jak zrobiła to z niewinnymi… Opamiętuję się. Zdzielam sobie mentalnie z liścia w twarz i wywalam emocje z głowy. Mimo wszystko zabijanie jest złe. Zabijanie jest złe… i dlatego tej kobiecie, temu czemuś, trzeba dać szansę. Nie można pochopnie oceniać, nie można działać impulsywnie. Nie w takich sytuacjach.
Kobieta cofa się do tyłu i zaczyna mówić.

-Miłość… zmusza do robienia… rzeczy. Ludzie, płodzą obrzydliwość… dzieci, z miłości.-

 Mówi jakby nie robiła tego od dłuższego czasu, jakby struny głosowe też zdążyły się zakurzyć. Cofa się coraz bardziej. Odległość między nami niebezpiecznie się zwiększa i podążam za nią, byle mi nie uciekła, nie teraz.

-Moje dzieci są piękne… Rosną. Delikatne… Kocham moje dzieci.-

Patrzę jak rozgląda się gdzieś na boki, kręci głową, potrząsa konewką. A potem schyla się i podlewa drzewa wokoło, rosząc płyn zostawiający ciemne, purpurowe plamy. Marszczę nos pod wpływem ostrego zapachu krwi. Wzdrygam się, ale nie przerywam jej kiedy mówi dalej.

-Dają mi miłość. Dobrą miłość… dzięki niej żyję. Opiekuję się nimi… taak… Dbam o was, dbam, moje najdroższe!-

Wypowiada to w przestrzeń, gdzieś na boki, tam gdzie niczego żywego nie ma. Urojenia, kobieta ma fatalne urojenia i powinna trafić do szpitala psychiatrycznego. A może nie? Ja też wydaję się być wariatem, a do tej pory to z czym się zetknęłam było całkiem prawdziwe. A wiec do kogo ona mówi? O czym ona mówi? Kim tak naprawdę jest i gdzie tu motyw?
Postać lawiruje między gałęziami, materiał o milimetry mija płomyki świec, w około rzucają się delikatne cienie.

-Jestem waszą… ich opiekunką. Potrzebują mnie, a ja ich. I potrzebuję tych małych… tego obrzydlistwa. Ale ja robię dobrze. Spójrz jakie piękne!

Głaszcze powykręcane gałęzie drzew.
Jej „dzieci” to drzewa... ?
-Do czego potrzebujesz… ludzi?- pytam cicho. - Co z nimi robisz?
Postać wzdryga się i zatrzymuje. Patrzy na mnie, jak gdybym była nic nie rozumiejącą idiotką. Pewnie jestem.

-Karmię… karmię nimi moje dzieci. Nie widzisz? Nie widzisz jak bardzo je kocham?!

I nagle jest wściekła. Marszczy twarz i zwęża oczy do ciemnych, błyszczących szparek. 

-Ale to nic…- uspokaja się i na nowo łagodnieje.- Nie musisz nic rozumieć.

Ale ja rozumiem. Miłość- w tym wypadku siła, która wraz z pragnieniem wiecznego życia doprowadza do obrzydliwych czynów. Kobieta pragnie życia, wiecznej młodości, afrodyzjaku czy czegokolwiek innego, co  dają jej drzewa. Moja intuicja jeszcze bardziej od wypowiedzianych przed chwilą słów utwierdza mnie w niemiłym przekonaniu, że nie mam co liczyć na „skruchę mordercy” i pozostaje mi… rozwiązać problem. Tak. Chociaż nie powinniśmy tego tak spłaszczać, ale jednak w inny sposób nie byłabym chyba w stanie.
 -Nie mogę pozwolić Ci zabijać- mówię.- Nie chcę robić Ci krzywdy, nie przyszłam tu w tym celu... Ale to co zobaczyłam i co mi pokazujesz nie pozostawia mi wyboru. Nie musi się tak kończyć… Wystarczy, że przestaniesz zabijać.

-Przestanę?- istota zamiera wpatrując się we mnie.

Z konewki leję się na korzenie lepka krew. Plask uderzających na boki kropel i szmer ocierających się o siebie gałęzi. Za plecami trzaskający ogień. Po nogach powinno bić ciepło, ale wciąż czuję tylko chłód. Powietrze zastyga jak bicie mego serca oczekujące odpowiedzi.

-Nigdy!

Postać rzuca się w tył ginąc w gąszczu, a ja zdążam tylko doskoczyć do drzew aby patrzeć, już teraz, w pustkę. Wyblakłe płomyki błyszczą w półcieniu nie wyjmując z rzeczywistości niczego ciekawszego ponad nieobecność mojego przeciwnika. Niedobrze. Jestem odsłonięta, na nieznanym terenie, z nieznanym mi przeciwnikiem.
Odskakuję w tył, do kominka i przyklękam, dłonią dotykając oblezionych sadzą kamieni. Teraz za plecami jest tylko ogień i ściana, a do jakichkolwiek przeszkód ponad trzy metry. Ta odległość może okazać się zbawcza, jeśli chodzi o szybkość reakcji. Co dalej? Moment zastanowienia i oczywista decyzja. Czerń jeszcze nie... nie chcę czerni... nie, ale z za paska wyciągam nóż. Trzeba by jeszcze zdjąć torbę… Ale nie, też lepiej nie, bo przekładając ją przez ramię odsłoniłabym brzuch i ograniczyła sobie ruchy.

Argh! No gdzie ona jest?! Ile można tak siedzieć? Niech wreszcie zaatakuje! Nie, nie, spokój. Spokój, Julka! Jak się stąd ruszysz, to odsłonisz sobie plecy. Tak przynajmniej widzisz co się wokół ciebie dzieje. Spokój! Jeszcze wlazłabyś w pułapkę, bo przecież ona może je właśnie zastawiać. No już, za miast tego pomyśl o swoich możliwościach. Czy jest stąd inne wyjście? Żadnego nie widziałaś ale… komin! Przecież można byłoby uciec kominem! Z tak prymitywnego kominka na pewno będzie prymitywny szyb i można byłoby się wspiąć się nim na dach i na zewnątrz… ale… Czy na pewno chcę uciekać? No bo w sumie… Nie. Nie mogę uciec. Nie teraz. Co ja w ogóle wyprawiam! Julka! No już! Tamte dzieciaki już nie żyją. Nie myśl o nich. Wiesz co musisz zrobić. Więc przestań cudować i to zrób. No już, nie takie rzeczy przeszłaś. Pamiętaj kim teraz jesteś. Przestań… Ilu?! Przestań. Kim jesteś do jasnej cholery?! KIM?! Dość.

Drzewa szeleszczą. Nie, nie drzewa… A może? Nie skupiam się na dźwięku. Zamiast tego nabieram głębokiego oddechu i sprawiam, że widzę ją dokładniej. Poświaty przybierają lekko fioletowej barwy, czuję jak czas zwalnia i łaskotanie zmieniających się pod skórą tkanek, napinających się mięśni.
Wychodzi spomiędzy regałów po mojej prawej. Idąc porusza mocno biodrami i wydaje się jakby sunęła nie poruszając stopami, niż rzeczywiście kładła je na ziemi. Trzyma coś w obydwu dłoniach, specjalnie wyciągając je na boki, żebym dokładnie widziała. Co to jest…? Duże, szmaciaste zawiniątka syczące delikatnie jak dynamitowy ląt… Są kolejne, ale te przytroczone do sukni, mniejsze, już tylko gardłowo mruczą, łapczywie rwąc powietrze,  wprawiając je w falowanie pod wpływem ciepła… a może nie… I nagle z tych przy pasie zaczyna wypływać mlecznobiały dym, pędzący po sukni kobiety w dół i rozpraszający się na podłodze jak macki. Zmieniam ułożenia noża w dłoni i jednocześnie syczenie ustaje, a duże zawiniątka zaczynają wypluwać z siebie zielone obłoki, które prawie natychmiast rozrzedzają się w powietrzu.

Jest źle. 

Kiedy doskakuję do niej atakuję od dołu, w podbródek, ale jej twarz miga mi tylko po boku, kiedy robi unik i ocierając się o mnie ląduje za moimi plecami. Odwracam się w miejscu wybijając dłoń aby rozpędęm zwiększyć siłę uderzenia, ale nie trafiam. Kobieta wygina ciało do tyłu i znowu unika mojego ataku. Podążam za nią, ale nagle zmienia kierunek i fruwający w powietrzu materiał sukni uderza mi o lewą nogę kiedy staje praktycznie koło mnie. Brodzę w mlecznym dymie już po kolana i jego poziom podnosi się coraz wyżej. Czy to czasem nie jest w brew fizyce? Dym wydaje się kumulować tylko wokół mnie. Kopię na oślep i trafiam… w coś, ale postać nawet nie drga, jakby nie poczuła. Chybiłam? Nagle dostaję w twarz. Głowa odskakuje mi do tyłu, a nos promieniuje bólem. Robię wypad w tył i unik. Kolejne uderzenie i ból na policzku. Zwiększam dystans unikając kolejnego ciosu. Jest cholernie szybka… a ja coraz wolniejsza.

Zabij!

Dym dotarł już do szyi i zaczynam się w nim powoli zanurzać. Wyciągam się w górę i patrzę na kobietę i jej promienny, szyderczy uśmiech.

Krew! Słodka krew!

Potrząsam głową w której pojawiają się obce myśli. Moje?

Niszczyć! Zabijać! Niszczyć!

Ciało powoli staje się wolne, drętwieje. Upadam pod ciężarem własnej materii na kolana, w wirującą biel.

Zabij! Niszcz! Zabij!

Dłonie drżą… umysł powoli wpada w trans. W ustach czuję metaliczny posmak.

Zniszcz ją! Zabij! Rozszarp i pożryj! Niech kły obleje słodka krew! Pazury niech rozerwą ciało!


-Dość…- mamroczę- Przestań…
Moje ciało wygina się spazmatycznie, oddechy stają się krótkie i urywane.

-Przestać?- podchodzi i kładzie mi dłoń na głowie- Nigdy…

W całym ciele czuję palący ból, jak gdybym powoli się topiła.

Krew! Pragnienie! Głód! Krew!

 ...
Najsilniej wierzga mocno ranione zwierze.
Cdn.

1 komentarz:

Keynyek pisze...

Warto było czekać na ten rozdział