Dodatki na bloga

10/29/2017

39 Granatowe tabelki



            Armani struchlał.
Czerwone lampki przy podłodze migotały alarmująco, z trzewi domu wydobył się szum odpalanych generatorów, ktoś zastukał w dębowe drzwi jego gabinetu.

                Wykupił ochroniarzy za niewiele mniej niż obecną posiadłość, był więc pewien, że to któryś z nich właśnie przyszedł zameldować o sytuacji. Nie lubił tego, użerania się z ludźmi, konieczności słuchania ich, zwracania na nich uwagi. Nigdy nie obchodził go czynnik ludzki w biznesie jaki prowadził, traktował wszystkich wokoło tylko jako liczby. Za pozwoleniem, do jego gabinetu wszedł więc 1 ochroniarz, o wadze 180kg, wysoki na 2,30 metra, z historią łącznie ponad 35 zabójstw i 5-letnim stażem.
                Jego komunikat Armaniego nie zdziwił, dostarczył mu tylko lekkiej ulgi, a nawet radości, bo jak można nie cieszyć się z nieszczęścia na czyimś podwórku? I to w tych czasach, kiedy sąsiad to twój najgorszy wróg, bo ma zieleńszy trawnik od ciebie.
Odprawił goryla niechętnym gestem uniesionego znad papieru pióra i wrócił do notowania. On miał dobrych ludzi, jeśli nie najlepszych, więc nie miał się co obawiać napadu, bo nikt nie byłby w stanie mu teraz zaszkodzić, był o tym święcie przekonany. To nie tak, że on się tylko puszył, bo jego nazwisko znane jest w krainie półświatku, a ponoć bardzo „szanowane”. Ostatnie wydarzenia tylko go w tym utwierdziły, ta zazdrość w oczach konkurencji na pozyskany towar, ta zawiść, którą go darzyli… oj, tak, lubił to.
                Kolumna za kolumną, wiersz za wierszem mężczyzna wypełniał okienka zakodowanymi słowami oznaczającymi przychody i wychody, kontrahentów, daty i miejsca. Kiedy kończył jedną stronę musiał znowuż przyciskać pokaźny brzuchol do wypolerowanego blatu, żeby dosięgnąć góry tabelki, czasami podwiniętym rękawem rozmazując co poniektóre napisy. Co dzień nowe, granatowe plamy sprawiały, że garderobę Armani wymienianą miał na bieżąco. Wszystkie koszule i garnitury szyte na miarę, tak by choć trochę ukryć nadmierną tuszę właściciela, przywożone z samego rana od jego ulubionego krawca.
                Mężczyzna uwielbiał przesiadywać w swoim gabinecie. Wyciszone z zewnątrz i od wewnątrz pomieszczenie dawało mu poczucie bezpieczeństwa, a i wizualnie było tutaj całkiem przyjemnie. Wielkie obrazy zastępujące okna, podłoga zasłana grubym czerwonym dywanem, ukochany fotel, flaszeczka brandy i cygaro. Możliwe, że to przez filmy gangsterskie jakich naoglądał się za młodu, albo luksus miał po prostu we krwi. Tak, to musiało być to drugie.
                Szybko zapomniawszy o kłopotach z zasilaniem i napadzie na sąsiada, z rytmu wybił go nagle dźwięk pukania do drzwi. Specjalnie kazał zamontować wielgachną kołatkę żeby go słyszeć, ale cieszył się, że mimo to sam dźwięk był wciąż bardzo cichy. Z przyzwyczajenia do starej rezydencji i interkomu, zawsze krzyczał, żeby wejść, chociaż było to bezcelowe. Wątpliwe było nawet, że Armani usłyszałby wybuch granatu za drzwiami, ale granatów Dziewczyna akurat nie użyła.
                Zanik zasilania zostawił jej dosłownie otwartą furtkę, akcja Churchilla skutecznie odwróciła uwagę, a do konfrontacji doszło tylko między nią i dryblasem stojącym bezpośrednio pod drzwiami gabinetu Armaniego. On sam nawet nie wyczuł kiedy jego człowiek padł na ziemię nieprzytomny, dławiąc się połamanym gardłem.
                Oh, jakież to zdziwienie wykwitło mu na twarzy, kiedy do środka zamiast goryla wszedł mały człowieczek w masce…

Brak komentarzy: