Armani struchlał.
Czerwone lampki przy podłodze migotały alarmująco,
z trzewi domu wydobył się szum odpalanych generatorów, ktoś zastukał w dębowe
drzwi jego gabinetu.
Wykupił
ochroniarzy za niewiele mniej niż obecną posiadłość, był więc pewien, że to
któryś z nich właśnie przyszedł zameldować o sytuacji. Nie lubił tego, użerania
się z ludźmi, konieczności słuchania ich, zwracania na nich uwagi. Nigdy nie
obchodził go czynnik ludzki w biznesie jaki prowadził, traktował wszystkich
wokoło tylko jako liczby. Za pozwoleniem, do jego gabinetu wszedł więc 1
ochroniarz, o wadze 180kg, wysoki na 2,30 metra, z historią łącznie ponad 35
zabójstw i 5-letnim stażem.
Jego komunikat
Armaniego nie zdziwił, dostarczył mu tylko lekkiej ulgi, a nawet radości, bo
jak można nie cieszyć się z nieszczęścia na czyimś podwórku? I to w tych
czasach, kiedy sąsiad to twój najgorszy wróg, bo ma zieleńszy trawnik od
ciebie.
Odprawił goryla niechętnym gestem uniesionego znad
papieru pióra i wrócił do notowania. On miał dobrych ludzi, jeśli nie najlepszych,
więc nie miał się co obawiać napadu, bo nikt nie byłby w stanie mu teraz
zaszkodzić, był o tym święcie przekonany. To nie tak, że on się tylko puszył,
bo jego nazwisko znane jest w krainie półświatku, a ponoć bardzo „szanowane”.
Ostatnie wydarzenia tylko go w tym utwierdziły, ta zazdrość w oczach
konkurencji na pozyskany towar, ta zawiść, którą go darzyli… oj, tak, lubił to.
Kolumna za
kolumną, wiersz za wierszem mężczyzna wypełniał okienka zakodowanymi słowami
oznaczającymi przychody i wychody, kontrahentów, daty i miejsca. Kiedy kończył
jedną stronę musiał znowuż przyciskać pokaźny brzuchol do wypolerowanego blatu,
żeby dosięgnąć góry tabelki, czasami podwiniętym rękawem rozmazując co
poniektóre napisy. Co dzień nowe, granatowe plamy sprawiały, że garderobę
Armani wymienianą miał na bieżąco. Wszystkie koszule i garnitury szyte na
miarę, tak by choć trochę ukryć nadmierną tuszę właściciela, przywożone z
samego rana od jego ulubionego krawca.
Mężczyzna
uwielbiał przesiadywać w swoim gabinecie. Wyciszone z zewnątrz i od wewnątrz
pomieszczenie dawało mu poczucie bezpieczeństwa, a i wizualnie było tutaj
całkiem przyjemnie. Wielkie obrazy zastępujące okna, podłoga zasłana grubym
czerwonym dywanem, ukochany fotel, flaszeczka brandy i cygaro. Możliwe, że to
przez filmy gangsterskie jakich naoglądał się za młodu, albo luksus miał po
prostu we krwi. Tak, to musiało być to drugie.
Szybko
zapomniawszy o kłopotach z zasilaniem i napadzie na sąsiada, z rytmu wybił go nagle
dźwięk pukania do drzwi. Specjalnie kazał zamontować wielgachną kołatkę żeby go
słyszeć, ale cieszył się, że mimo to sam dźwięk był wciąż bardzo cichy. Z
przyzwyczajenia do starej rezydencji i interkomu, zawsze krzyczał, żeby wejść,
chociaż było to bezcelowe. Wątpliwe było nawet, że Armani usłyszałby wybuch
granatu za drzwiami, ale granatów Dziewczyna akurat nie użyła.
Zanik zasilania
zostawił jej dosłownie otwartą furtkę, akcja Churchilla skutecznie odwróciła
uwagę, a do konfrontacji doszło tylko między nią i dryblasem stojącym bezpośrednio
pod drzwiami gabinetu Armaniego. On sam nawet nie wyczuł kiedy jego człowiek
padł na ziemię nieprzytomny, dławiąc się połamanym gardłem.
Oh, jakież to
zdziwienie wykwitło mu na twarzy, kiedy do środka zamiast goryla wszedł mały
człowieczek w masce…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz