-Y-ym. Rączki do góry doktorku…
Postacie z
obrazów wydawały się przyblaknąć, tak jak Armani w momencie zaczął nabierać
kolorów. Usta zrobiły mu się sine, końcówki palców pobielały zaciśnięte na
piórze, a całe policzki, czoło i podbródek sczerwieniały.
Oczy miał jasno niebieskie, nie pasujące do tego co wyrażały, a w tym momencie był to strach, gniew i obrzydzenie. Oj, chyba nie spodobał mu się widok za drzwiami, więc szybko je zamknęła, żeby się nie rozpraszał.
Oczy miał jasno niebieskie, nie pasujące do tego co wyrażały, a w tym momencie był to strach, gniew i obrzydzenie. Oj, chyba nie spodobał mu się widok za drzwiami, więc szybko je zamknęła, żeby się nie rozpraszał.
-Oj no nie bądź
taki i podnieś te rączki, jak proszę.
Patrzył na obcego
i powoli, kiedy dotarły do niego wreszcie te słowa, podniósł dłonie do góry. A
potem gniewnie walnął je z powrotem na blat, kapiąc tuszem na kartki.
-N-nie! Won z
mojego domu! Ty… t-ty chyba nie wiesz kim ja jestem!- celował w nią pulchnym
paluchem.
-Ależ ja
dokładnie wiem, kim ty jesteś,- zaśmiała się.
Maska, wystylizowana na czerwonego japońskiego
demona z wielgachnymi, szczerzącymi się w uśmiechu kłami nie oddawała mimiki
jej twarzy, ale może dobrze, bo klient mógłby się jeszcze za bardzo wystraszyć.
-Ale widzę, że ty, -kontynuowała- nie znasz mnie.
Dam ci jeszcze szansę, bo może nie zauważyłeś, że broń którą trzymam i jestem
gotowa w każdym momencie użyć, jest ci wycelowana między oczy.
-Moi ludzie! Zabiją cię! Jesteś już martwy! Martwy…
-Taa, na pewno… nie. Ja zabiłam ich pierwsza.
Widziałeś tego tam, za drzwiami? Mam ci go przywlec żebyś sobie truchło
pomacał? Nie? No dobrze- zbliżyła się do biurka wystawiając broń jak gangster z
taniego filmu akcji.- to teraz zamknij japę i słuchaj…
-Coooo?! Jak śmiesz! Jestem…- i zaczął gulgotać tą
swoją niezmordowaną paplaninę, plując przez zaciśnięte zęby, sycząc, warcząc i grożąc
jej.
Dała mu chwilę pilnując żeby tylko dłonie miał na
widoku, a sama zaczęła po omacku szperać w przewieszonej na plenach torbie.
Trochę to trwało, bo jak u stereotypowej kobiety w środku był prawdziwy kipisz,
ale kiedy znalazła feralny przedmiot, aż westchnęła z ulgi.
-No dobra- przerwała mu,- sam sobie chciałeś.
I z całej siły, jaką można wyciągnąć tylko przy
lekkim zamachu, przywaliła mu kolbą w nos. Armani żachnął się, przez palce
pociekła mu jucha. Dziewczyna przeskoczyła biurko, kolanem odpychając klienta
do tyłu, a potem zwinnie włożyła broń do kabury pod na wpół rozpiętą kurtką i
zabrała się za krępowanie grubaska srebrną taśmą. Odciągnęła mu prawą rękę od
twarzy i mocno skleiła z podłokietnikiem fotela, potem zabrała się za twarz, bo
taśma jak dotąd najlepiej radziła sobie z uciszaniem takich gagatków. No
oczywiście rozwalony nos też zrobił swoje.
-Okej, jak już jesteś cicho, to ja tak tylko w
skrócie- zdjęła mu kolano z klaty i stanęła obok blatu,- Zarabianie na cudzym
zawsze ma swoje konsekwencje. To, co i komu ukradłeś, wypisane masz w liście,
który sobie potem przeczytasz. Ja tu
przyszłam głównie po zwrot i żeby cię… hmm… ukarać.
-Mfhmhff….- mężczyzna wybałuszył oczy.
Położyła mu ładnie kopertę na blacie, tak, żeby
widział napisanej na niej srebrnym pisakiem nazwisko nadawcy. Wyciągnęła z
torby opaskę uciskową i założyła mu na lewe przedramię. Zaciągnęła mocno, tak
że aż jęknął i zanurkowała po najważniejsze. Wtedy, na widok tasaka, wymiękł.
Możliwe, że to był właśnie moment, kiedy uświadomił sobie co właśnie się
stanie.
Nabrała powietrza, a potem wyregulowała oddech,
złapała jego tłuściutką rękę, położyła na blacie, na białych kartkach i
granatowych cyferkach, i wraz z wydechem, bach!. Ostrze wbiło się w drewno,
dookoła chlusnęła krew, Armani ponownie tego dnia, struchlał ze strachu. Prawie
nie patrząc, szybko wpakowała kończynę do plastikowego woreczka z Ikei, wyrwała
ubabrany czerwienią tasak z mahoniowego drewna i wrzuciła wszystko z powrotem
do torby.
-No, to do widzenia- pożegnała się i zanim wyszła
zapewniła go jeszcze łagodnie.- przyjdą do Ciebie zanim się wykrwawisz,
spokojnie.
Drzwi zostawiła otwarte, więc zanim zaczął się
drzeć, wierzgać, płakać i dusić wymiocinami, patrzył na jej drobną figurę,
schowane pod chustką w kratę włosy i zastanawiał się skąd zna ten dziwny
zapach, jaki od niej wyczuł.
-Jak z baru przy a-czwórce… – pomyślał, zanim
zniknęła zamazana bolesnymi majakami i konwulsjami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz