Siedziała na podłodze słuchając jak łazi po jej mieszkaniu, a potem
wreszcie wychodzi.
Posprzątał kuchnię, zebrał ciuchy do pralni, rozpakował
siatki z jedzeniem i powkładał wszystko do lodówki. Czarny Piotruś był
osobistym wysłannikiem Hanselhoffa w sprawach, które jej dotyczyły. Oprócz
takich właśnie drobnostek zajmował się też przydzielaniem jej zleceń,
dopasowywaniem oporządzenia, organizowaniem przewozu i tym podobne. Nie mieli
ze sobą bliskich stosunków, bo Julia jakoś nie pozwalała mu się polubić, albo
może to on od samego początku miał do niej uraz, ale na co dzień zwykle się
dogadywali.
Dziewczyna nie lubiła się wysługiwać innymi, a
wręcz nie pozwala innym się nią zajmować, ale w sprawie Kamerdynera Wujaszek
wyraził się jasno: „Musisz go tolerować. Bla bla bla”. Tak więc go tolerowała.
Czuła, że dzieciak traktuje ją pobłażliwie, z niechęcią i wymuszenie mile, ale
ostatnio widziała w nim też trochę… nie współczucia, tylko czegoś bardziej specyficznego…
Jakby było mu jej żal. To prawda, już od jakiegoś czasu nie była w najlepszej
kondycji, ale wciąż to ona była „tajnym agentem specjalnym” Hanselhoffa. Brudziła
sobie rączki tak, jak nikt inny, a przy tym wracała zawsze żywa. Żywa na ile
było to możliwe.
Wdrapała się na ogromne łóżko i rozłożyła na całej
jego szerokości, rozluźniając ciało i wtapiając w kołdrę. Bardzo chciałaby,
żeby teraz cokolwiek ją bolało. Nadwyrężone mięśnie, połamane kości albo może
jakieś siniaki. Ale żadnych nie miała, a delikatna skóra była praktycznie
nieskazitelna. Od stóp do głowy, nie dało się na niej zauważyć żadnych śladów
niedawno zakończonej harówy w rynsztoku przestępczego półświatka. Jej ciało
bardzo szybko zapominało o bólu.
Zawinęła głowę kocem jakby miało ją to uchronić
przed ponurą koniecznością. Myśli nie chciały odejść, a więc musiała się nimi
zająć. Nowy rekord nie chciał przejść bez echa. Ostatni huczał tak mocno, kiedy
przespała całe dwa dni na podłodze w salonie, ale teraz było jeszcze gorzej. Sama
doprowadziła się do takiego stanu. Przyjmowanie każdego możliwego zlecenia,
wymuszanie na sobie ciągłego ruchu i bezustanna walka męczyły jej organizm, a
wyczerpany dążył do regeneracji. Nie o samo ciało tutaj chodziło, bo umysł też,
wydawałoby się, ledwo co nadążał opanować natłok bodźców i informacji, a już
dostarczała mu kolejnej, większej dawki tego całego shitu, który przeżywała.
Skuliła się przewracając na bok. Ale czy cztery dni
letargu to dużo? Inni najemnicy na pewno nie robią tak jak ona, bo tylko przyspieszona
samo-regeneracja daje jej możliwość przetrwania bez prochów czy morfiny. Przebywając
z bandami chłopów z karabinami czasami widziała pokłute przedramiona,
przekrwione oczy, czy wysypujące się z kieszeni tabletki. A dodatkowo tamci
pracowali dość… wolno, w porównaniu do niej, bo dziewczyna rwała się do roboty
biorąc co się nawinie. Z jednej strony teraz, przy całkowicie dobrym stanie
fizycznym, czuła się koszmarnie, a na akcjach co najmniej lepiej, z drugiej zaś
wiedziała, że jeszcze trochę, a z regeneracyjnego „dniowego” letargu doprowadzi
się do, być może, nawet i pełnej śpiączki.
Zacisnęła pięści i zmusiła się do szybkiego wstania
na baczność. Przeciągnęła się, ziewnęła i rozmasowała twarz.
-No dobra, trzeba by tutaj ogarnąć… - pomyślała
rozglądając się po sypialni.
Zaścieliła ładnie łóżko, pozbierała rzeczy z
podłogi odnajdując przy tym zagubioną książkę, rozwiesiła ręcznik w łazience i
odsunęła żaluzje. Przedpołudniowe słońce wpadło na poddasze jak rozszalała
burza, zalewając wszystko jarzącymi się promieniami jesiennego słońca. Na
regałach z książkami wyłonił się kurz, drobinki w powietrzu zawirowały w
piruetach i rzuciły do ucieczki kiedy na oślep brnęła do schodów. Przy kolejnym
oknie oczy już się jej zaadaptowały do otoczenia, a więc do przeciwności ciemnicy, jaka panowała
wcześniej. Nora powoli zamieniała się w całkiem przyjemne mieszkanko.
Dziewczyna odkryła, że oprócz tego, co zrobił
Kamerdyner, nie miała za wiele roboty. Po prawdzie, to w cale nie miała roboty,
bo wszędzie było czysto. Jęknęła i na upartego wymyśliła, że trzeba wytrzeć
wszędzie kurze i pozmywać podłogę. Umyć okna też by się przydało, ale tak
zdesperowana jeszcze nie była. Wynalazła szmatki z szafeczki w łazience i
zaczęła zajmować się sprzątaniem. Skończyła szybciej niż się spodziewała, ale
przynajmniej efekt był taki, jak oczekiwała- rozbudziła się i przypomniało jej
się o głodzie.
Zajrzała do kuchni, żeby ponownie tego dnia
nastawić czajnik i wróciła na górę się przebrać. Kiedy się obudziła nałożyła
tylko szybko pidżamę, ale nie lubiła w niej łazić po domu, więc teraz zamieniła
krótkie spodenki w księżyce na dresy, a spraną koszulkę z tygrysem na też już
trochę sprany t-shirt z indiańskim wzorem. Skarpetek unikała.
Zasunęła drzwi od garderoby, taktycznie schowanej w
pomieszczeniu za łóżkiem, i przeszukała wzrokiem regał z książkami. Po roku
całkiem sporo się ich uzbierało, ale nadal było w nim pełno prześwitów.
Ostatnio na Targach w Krakowie znowu kupiła paręnaście nowych, ale leżały
ułożone na stosiku na podłodze, bo na regał trafiały tylko przeczytane. Hm,
takie było przynajmniej założenie, bo niestety większości tego, na co patrzyła
to czytadła, które zaczęła ale nie skończyła, które walały się po mieszkaniu,
więc w reszcie zebrała je i ułożyła w jednym miejscu. Próbowała sobie
przypomnieć jaką to książkę odłożyła ostatnio, ale nie mogła nawet skojarzyć o
czym była. Zrezygnowana sięgnęła po nową.
Gwizdek coraz głośniej zaczynał krzyczeć o uwagę,
więc tylko rzuciła się po laptopa i skierowała do kuchni. Odłożyła włączony
sprzęt na blat i patrząc jak wszystko się ładuje zalała herbatę. Wybrała
muzykę, playlistę dobrą na nie takie znowu dobre poranki i podłączyła laptopa
pod wierzę. Mogła sobie pozwolić na ustawienie mocnych basów i dużą głośność,
bo apartament był dobrze wygłuszony; ona słyszała jak ktoś tupał jej pod
drzwiami, ale sąsiedzi nie zorientowaliby się nawet jeśli waliłaby młotem
pneumatycznym w przedpokoju.
Zaczęła robić sobie kanapki. Nagle zamarła. Przez
chwilę gorączkowo nad czymś myślała, a potem uśmiechnęła się i wróciła do
krojenia szynki w plasterki. A potem znowu przerwała i tym razem trochę
poirytowana przeszła do przedpokoju i z niedokończoną kanapką w jednej ręce
przeszukała szafkę z butami. Nie znalazła, więc polazła do salonu, sypialni i
nawet garderoby. Trochę już wkurzona zdecydowała się jeszcze poszukać w
łazience i całe szczęście, bo telefon leżał na wiklinowym koszu na pranie.
Ucieszona spróbowała wreszcie sprawdzić obecną datę, ale okazało się, że
urządzenie jest wyładowane i musiała najpierw podłączyć je do ładowarki.
Odłożyła komórkę
na parapet, tak, że kabel luźno z niego zwisał i wróciła do robienia śniadania.
Po chwili znowu zaklęła w duchu i wreszcie sprawdziła na komputerze jaka jest
obecna data. Poniedziałek. Zadowolona wgryzła się w kromkę z szynką, serem i
sałatą i usadowiwszy się na krześle otworzyła książkę. Kiedy telefon naładował
się do końca, a jej już dawno brakło kanapek i herbaty, włączyła urządzenie i
przeczekała zalew powiadomień. Co najmniej dwadzieścia nieodebranych połączeń i
wiadomości, znaczy może jednak się martwili. Przeciągnęła się, sprzątnęła
naczynia do zmywarki i napisała Piotrusiowi, że wyjdzie z mieszkania za jakiś
kwadrans. Dzieciak odpisał, że ma czekać na podwózkę, bo jej zorganizował, i że
Szef będzie się cieszyć jak wreszcie się pojawi.
Zmieniła
playlistę na ostrzejszego rocka i skoczyła się znowu na górę zmienić ciuchy.
Czarne dżinsy, szara koszulka i szara bluza zrobiły z niej postać wtapiającą
się w tłum albo beton. Zgarnęła plecaczek i wpakowała do środka portfel,
telefon, trampki na zmianę, chustę w kratę i klucze. Wyłączyła laptopa, skoczyła
do łazienki się uczesać, zabrała wojskowe buty i, w jej odczuciu już chyba
setny raz tego dnia, wspięła się schodami na poddasze. Nie szła jednak do
sypialni, tylko zatrzymała się od razu przy małych drzwiczkach, wybrała
odpowiedni klucz i otworzyła sobie wyjście na niższy dach.
Wyszła na wycieraczkę, włożyła buty i zamknęła pancerne
małe wrota. Południowe słońce grzało jej w twarzy, kiedy rozłożona na leżaczku
czekała na sygnał od kierowcy. Myśli zaczęły przypływać, powoli i początkowo
leniwie, jak te obłoczki na już prawie listopadowym niebie. Miasto huczało
odlegle.
-Nienawidzę ludzi
Z pustych miast, a przytłumionych
Z indywidualności jak z błota
Oczyszczonych… - zamruczała.
Pogrążyła się w oczekiwaniu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz