Dodatki na bloga

12/19/2017

45 Południowe słońce



                       Siedziała na podłodze słuchając jak łazi po jej mieszkaniu, a potem wreszcie wychodzi.
Posprzątał kuchnię, zebrał ciuchy do pralni, rozpakował siatki z jedzeniem i powkładał wszystko do lodówki. Czarny Piotruś był osobistym wysłannikiem Hanselhoffa w sprawach, które jej dotyczyły. Oprócz takich właśnie drobnostek zajmował się też przydzielaniem jej zleceń, dopasowywaniem oporządzenia, organizowaniem przewozu i tym podobne. Nie mieli ze sobą bliskich stosunków, bo Julia jakoś nie pozwalała mu się polubić, albo może to on od samego początku miał do niej uraz, ale na co dzień zwykle się dogadywali.
Dziewczyna nie lubiła się wysługiwać innymi, a wręcz nie pozwala innym się nią zajmować, ale w sprawie Kamerdynera Wujaszek wyraził się jasno: „Musisz go tolerować. Bla bla bla”. Tak więc go tolerowała. Czuła, że dzieciak traktuje ją pobłażliwie, z niechęcią i wymuszenie mile, ale ostatnio widziała w nim też trochę… nie współczucia, tylko czegoś bardziej specyficznego… Jakby było mu jej żal. To prawda, już od jakiegoś czasu nie była w najlepszej kondycji, ale wciąż to ona była „tajnym agentem specjalnym” Hanselhoffa. Brudziła sobie rączki tak, jak nikt inny, a przy tym wracała zawsze żywa. Żywa na ile było to możliwe.
Wdrapała się na ogromne łóżko i rozłożyła na całej jego szerokości, rozluźniając ciało i wtapiając w kołdrę. Bardzo chciałaby, żeby teraz cokolwiek ją bolało. Nadwyrężone mięśnie, połamane kości albo może jakieś siniaki. Ale żadnych nie miała, a delikatna skóra była praktycznie nieskazitelna. Od stóp do głowy, nie dało się na niej zauważyć żadnych śladów niedawno zakończonej harówy w rynsztoku przestępczego półświatka. Jej ciało bardzo szybko zapominało o bólu.
Zawinęła głowę kocem jakby miało ją to uchronić przed ponurą koniecznością. Myśli nie chciały odejść, a więc musiała się nimi zająć. Nowy rekord nie chciał przejść bez echa. Ostatni huczał tak mocno, kiedy przespała całe dwa dni na podłodze w salonie, ale teraz było jeszcze gorzej. Sama doprowadziła się do takiego stanu. Przyjmowanie każdego możliwego zlecenia, wymuszanie na sobie ciągłego ruchu i bezustanna walka męczyły jej organizm, a wyczerpany dążył do regeneracji. Nie o samo ciało tutaj chodziło, bo umysł też, wydawałoby się, ledwo co nadążał opanować natłok bodźców i informacji, a już dostarczała mu kolejnej, większej dawki tego całego shitu, który przeżywała.
Skuliła się przewracając na bok. Ale czy cztery dni letargu to dużo? Inni najemnicy na pewno nie robią tak jak ona, bo tylko przyspieszona samo-regeneracja daje jej możliwość przetrwania bez prochów czy morfiny. Przebywając z bandami chłopów z karabinami czasami widziała pokłute przedramiona, przekrwione oczy, czy wysypujące się z kieszeni tabletki. A dodatkowo tamci pracowali dość… wolno, w porównaniu do niej, bo dziewczyna rwała się do roboty biorąc co się nawinie. Z jednej strony teraz, przy całkowicie dobrym stanie fizycznym, czuła się koszmarnie, a na akcjach co najmniej lepiej, z drugiej zaś wiedziała, że jeszcze trochę, a z regeneracyjnego „dniowego” letargu doprowadzi się do, być może, nawet i pełnej śpiączki.
Zacisnęła pięści i zmusiła się do szybkiego wstania na baczność. Przeciągnęła się, ziewnęła i rozmasowała twarz.
-No dobra, trzeba by tutaj ogarnąć… - pomyślała rozglądając się po sypialni.
Zaścieliła ładnie łóżko, pozbierała rzeczy z podłogi odnajdując przy tym zagubioną książkę, rozwiesiła ręcznik w łazience i odsunęła żaluzje. Przedpołudniowe słońce wpadło na poddasze jak rozszalała burza, zalewając wszystko jarzącymi się promieniami jesiennego słońca. Na regałach z książkami wyłonił się kurz, drobinki w powietrzu zawirowały w piruetach i rzuciły do ucieczki kiedy na oślep brnęła do schodów. Przy kolejnym oknie oczy już się jej zaadaptowały do otoczenia, a więc  do przeciwności ciemnicy, jaka panowała wcześniej. Nora powoli zamieniała się w całkiem przyjemne mieszkanko.
Dziewczyna odkryła, że oprócz tego, co zrobił Kamerdyner, nie miała za wiele roboty. Po prawdzie, to w cale nie miała roboty, bo wszędzie było czysto. Jęknęła i na upartego wymyśliła, że trzeba wytrzeć wszędzie kurze i pozmywać podłogę. Umyć okna też by się przydało, ale tak zdesperowana jeszcze nie była. Wynalazła szmatki z szafeczki w łazience i zaczęła zajmować się sprzątaniem. Skończyła szybciej niż się spodziewała, ale przynajmniej efekt był taki, jak oczekiwała- rozbudziła się i przypomniało jej się o głodzie.
Zajrzała do kuchni, żeby ponownie tego dnia nastawić czajnik i wróciła na górę się przebrać. Kiedy się obudziła nałożyła tylko szybko pidżamę, ale nie lubiła w niej łazić po domu, więc teraz zamieniła krótkie spodenki w księżyce na dresy, a spraną koszulkę z tygrysem na też już trochę sprany t-shirt z indiańskim wzorem. Skarpetek unikała.
Zasunęła drzwi od garderoby, taktycznie schowanej w pomieszczeniu za łóżkiem, i przeszukała wzrokiem regał z książkami. Po roku całkiem sporo się ich uzbierało, ale nadal było w nim pełno prześwitów. Ostatnio na Targach w Krakowie znowu kupiła paręnaście nowych, ale leżały ułożone na stosiku na podłodze, bo na regał trafiały tylko przeczytane. Hm, takie było przynajmniej założenie, bo niestety większości tego, na co patrzyła to czytadła, które zaczęła ale nie skończyła, które walały się po mieszkaniu, więc w reszcie zebrała je i ułożyła w jednym miejscu. Próbowała sobie przypomnieć jaką to książkę odłożyła ostatnio, ale nie mogła nawet skojarzyć o czym była. Zrezygnowana sięgnęła po nową.
Gwizdek coraz głośniej zaczynał krzyczeć o uwagę, więc tylko rzuciła się po laptopa i skierowała do kuchni. Odłożyła włączony sprzęt na blat i patrząc jak wszystko się ładuje zalała herbatę. Wybrała muzykę, playlistę dobrą na nie takie znowu dobre poranki i podłączyła laptopa pod wierzę. Mogła sobie pozwolić na ustawienie mocnych basów i dużą głośność, bo apartament był dobrze wygłuszony; ona słyszała jak ktoś tupał jej pod drzwiami, ale sąsiedzi nie zorientowaliby się nawet jeśli waliłaby młotem pneumatycznym w przedpokoju.
Zaczęła robić sobie kanapki. Nagle zamarła. Przez chwilę gorączkowo nad czymś myślała, a potem uśmiechnęła się i wróciła do krojenia szynki w plasterki. A potem znowu przerwała i tym razem trochę poirytowana przeszła do przedpokoju i z niedokończoną kanapką w jednej ręce przeszukała szafkę z butami. Nie znalazła, więc polazła do salonu, sypialni i nawet garderoby. Trochę już wkurzona zdecydowała się jeszcze poszukać w łazience i całe szczęście, bo telefon leżał na wiklinowym koszu na pranie. Ucieszona spróbowała wreszcie sprawdzić obecną datę, ale okazało się, że urządzenie jest wyładowane i musiała najpierw podłączyć je do ładowarki.
                Odłożyła komórkę na parapet, tak, że kabel luźno z niego zwisał i wróciła do robienia śniadania. Po chwili znowu zaklęła w duchu i wreszcie sprawdziła na komputerze jaka jest obecna data. Poniedziałek. Zadowolona wgryzła się w kromkę z szynką, serem i sałatą i usadowiwszy się na krześle otworzyła książkę. Kiedy telefon naładował się do końca, a jej już dawno brakło kanapek i herbaty, włączyła urządzenie i przeczekała zalew powiadomień. Co najmniej dwadzieścia nieodebranych połączeń i wiadomości, znaczy może jednak się martwili. Przeciągnęła się, sprzątnęła naczynia do zmywarki i napisała Piotrusiowi, że wyjdzie z mieszkania za jakiś kwadrans. Dzieciak odpisał, że ma czekać na podwózkę, bo jej zorganizował, i że Szef będzie się cieszyć jak wreszcie się pojawi.
                Zmieniła playlistę na ostrzejszego rocka i skoczyła się znowu na górę zmienić ciuchy. Czarne dżinsy, szara koszulka i szara bluza zrobiły z niej postać wtapiającą się w tłum albo beton. Zgarnęła plecaczek i wpakowała do środka portfel, telefon, trampki na zmianę, chustę w kratę i klucze. Wyłączyła laptopa, skoczyła do łazienki się uczesać, zabrała wojskowe buty i, w jej odczuciu już chyba setny raz tego dnia, wspięła się schodami na poddasze. Nie szła jednak do sypialni, tylko zatrzymała się od razu przy małych drzwiczkach, wybrała odpowiedni klucz i otworzyła sobie wyjście na niższy dach.
Wyszła na wycieraczkę, włożyła buty i zamknęła pancerne małe wrota. Południowe słońce grzało jej w twarzy, kiedy rozłożona na leżaczku czekała na sygnał od kierowcy. Myśli zaczęły przypływać, powoli i początkowo leniwie, jak te obłoczki na już prawie listopadowym niebie. Miasto huczało odlegle.

-Nienawidzę ludzi
Z pustych miast, a przytłumionych
Z indywidualności jak z błota
Oczyszczonych… - zamruczała.

Pogrążyła się w oczekiwaniu.

Brak komentarzy: