Nie patrzyła na niego.
Stała tyłem
usilnie próbując się czymś zająć, zainteresować albo coś arcyważnego musieć
kontemplować. Nie pozwoliła mu podnieść rolety, ale i tak to zrobił, i chociaż
tylko do połowy, światło było nieznośne. Tutaj okien nie zasłaniał już żaden
inny blok, czy wieżowiec, bo mieszkanie położone było w najwyższym punkcie
kamienicy. Otrząsnęła wymyty kubek z wody i spojrzała na niego przymykając
oczy.
-Chcesz? –
spytała zdejmując czajnik z ognia.
-Wy i te wasze
nawyki… - Piotruś pokręcił głową, potrząsając papierowym kubkiem z kawą.
-Herbata jest
spoko – uśmiechnęła się słabo, wdychając zapach zaparzonych malin.
Kamerdyner
Hanselhoffa siedział na jej jedynym krześle zwrócony profilem do okna, ale całą
twarzą ją obserwując. Zaciśnięte w cienką kreskę usta przez chwilę wyrażały
pogardę, jaką odczuwać może na przykład wegetarianka do lubujących się w
krwistym, czerwonym mięsie, albo beretowa babcia z autobusu miejskiego do
zbłąkanego metala (takiego chłopca w czarnych ciuchach, glanach, z długimi
włosami i najlepiej jakimiś nabijanymi ćwiekami akcesoriami). Szybko się jednak
opamiętał i wrócił do lekceważącego zniechęcenia.
-Łysy złożył za
ciebie raport – oświadczył.
-Taa… yhm… Ej, a co z moim płaszczem?
Gdzieś w głębi budynku rozległ się trzask drzwi,
tupanie na klatce schodowej.
-Śmieć. A czego się spodziewałaś? – zakpił.
Wzruszyła ramionami.
-Dokumentów było więcej niż oczekiwał – wrócił do
tematu.
-Jakoś tak nie chciało mi się przeglądać co biorę.
W szczególności, że nie powiedziałeś, kogo wynajęła Sztajer. A może Gryzzli sam
się tam przypałętał, co?
Teraz to Piotruś wzruszył ramionami.
-Tylko nie mów, że szpieg wam tego
ludzio-niedźwiedzia przeoczył, bo kuźwa nie uwierzę… - warknęła. - Z resztą nie
ważne. Nikt mi nie powiedział, że niedźwiadek był pod ochroną.
-„Był” znaczy… - spojrzał na nią z iskierką w oku.
-Dobrze wiesz co to znaczy- wycedziła przez
zaciśnięte zęby.
-Baaaajecznie – mruknął pod nosem ukrywając
zadowolenie.
Zamarła. Gniew i furia przyszły błyskawicznie.
-… no nie! Ja pierniczę! – walnęła wściekle kubkiem
o blat. – Ty szujo! Specjalnie mnie tam nasłałeś żebym wykończyła Grizzliego, a
nie po żadne papiery! O ile podwyższyli stawkę, Piotruś, co? Dwa razy tyle?
Pięć? Dziesięć?!
- Przecież sobie poradziłaś…
- Dobrze wiesz, że nie zamierzam załatwiać jakiś
twoich prywatnych zleceń – stanęła nad nim. – Chcesz, to sam zostań łowcą głów,
ale mnie do tego nie mieszaj.
-Dobrze już, dobrze – podniósł ręce na znak
poddanej. – Następnym razem…
-Nie będzie następnego. Zrozumiano?!
-Okej, okej, nie denerwuj się – wcisnął się w
ścianę czując jak jest wściekła.
Stała tak nad nim dobrą chwilę, patrząc jednak w
pustkę, widząc coś całkowicie innego niż tą bladą twarz dzieciaka wychowanego w
świecie przestępczości i ciemnych machlojek. Nagle oderwała się od tego,
cokolwiek stało jej przed oczami, i jak ręką odjął otrzeźwiała z emocji.
Spojrzała na samotne ucho od kubka, które trzymała, bo pozostałości naczynia w
okruchach rozbryznęły się po całej kuchni.
-Cholera… - westchnęła. – To był mój ulubiony.
Gdzieś pod blokiem rozszczekały się wściekłe psy-
jeden brzmiał jak trzymany zawsze na kolankach przez nadopiekuńczą pańcię
całująca go po pyszczku, labrador z nadwagą; drugi jak rozleziony pupilek
Sebiksa, który kupując pomylił sobie kundla z rotwailerem, bo napruty tanim
browarem zawsze wszystko widzi w ładniejszych kolorach. Ktoś zaczął coś
krzyczeć, właściciele zawzięcie targali smyczami i odciągali zwierzątka w
przeciwną stronę. Okolica znowu ucichła.
Dziewczyna zaczęła zmiatać podłogę, ale wychodziło
jej to słabo. Kawałki szkła walały się dosłownie wszędzie, a w bose stopy wbił
się właśnie kolejny, powodując serię syknięć, kiedy wyjmowała go z rany.
Piotruś obserwował ją zaniepokojony, zastanawiał się, czy już może się odezwać.
Nie pozwoliła mu prostując się i odzywając jako pierwsza.
-Tylko po to mnie tak wcześnie obudziłeś? – oparła
dłonie o biodra. - Jest dopiero dziewiąta.
Nie musiała mówić jak bardzo jest jeszcze zmęczona,
bo mało skoordynowane ruchy i ta rozwlekłość w składaniu myśli mówiły same za
siebie. Piotrusiowi też trochę czasu zajęło wymyślenie dobrej odpowiedzi, ale
zdołał zebrać się na odwagę aby się odezwać.
- Julia… spałaś cztery dni…
Zaskoczyło ją to.
- C-co?
-Nooo… Nie odbierałaś, ani nie otworzyłaś Łysemu,
więc Hanselhoff kazał mi sprawdzić czy coś ci się nie stało – wyrzucił z siebie
z zażenowaniem.
Patrzyła na niego głupkowato.
-No to kurcze widzę, że macie niezły refleks.
Cztery dni…- bąknęła i wyszła z kuchni.
-E-ej! – wybiegł za nią cudem omijając kawałki jej
ulubionego kubka.- I co ty teraz zamierzasz zrobić? Szef na ciebie czeka!
-Ach tak? To powiedz mu, że przyjdę, jak się wyśpię
– rzuciła przez ramię wspinając się po schodach.
-To znaczy kiedy dokładnie, jeśli mogę wiedzieć?
-Po śmierci – zakpiła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz