Dodatki na bloga

8/14/2016

15 Wspomnienie Woźnego



               
 -Oczywiście, umowa między nami musi stać się dopełniona. 

                I bam! Tak prosto było to załatwić. Bez żadnych podchodów, kręcenia, gierek psychologicznych czy coś. Julce ofierze losu znowu sie udaje. Joł!

Doktorek poskładał rozwalone papiery do kupy i schował z powrotem do koperty- to były te moje wyniki, a potem powyciągał jakieś notesy i teczki ze swojego magicznego biurka.
                -Nie miałem jeszcze okazji wprowadzać kogoś... nowego...
                -Proszę mówić to, co powinnam wiedzieć. Nawet jeśli ktoś mógłby chcieć wyciągnąć to ze mnie siłą- uśmiechnęłam się zadziornie.
                Odwzajemnił się lekkim uśmiechem, rozluźniając szczękę.
                -Od czego... hm... zacząć...
                -Może od nazwy? I celu działań?- podsunęłam mu.
                I ugryzłam się w język, z obawy, że mogłam przegiąć. Nie wyczytałam jednak z twarzy Hanselhoffa niczego szczególnego.
                -Nazwa... nie ma jej. Cel? Hm... Powiedzmy, że wymiany handlowe... pośrednictwo w umowach kupna i sprzedaży... Umowach wykraczających poza normy prawne, oczywiście. Nie produkujemy towarów, tylko znajdujemy na nie kupców, a potem pośredniczymy w kupnie, oczywiście otrzymując należne nam honorarium. To jest jeden z... oddziałów- zaakcentował to słowo- naszej Organizacji.
                To co mówił dalej, trochę mi się rozmyło, bo rozmyślałam za każdym razem bardzo długo, nad moją funkcją w tej jego "Organizacji", jak zaczął ja nazywać. A jednak widać, że nazwę to on jej dał na bieżąco, bo i tak nie kleiła się do jego magicznej ekipy. W skrócie: zajmowali się przeróżnymi akcjami, na zlecenie przeróżnych osób, gdzie ręce zleceniodawców miały być czyste; wymianami handlowymi, ochroną rzeczy i osób, pobieraniem opłat itp., itd. Ja, tak samo jak parunastu (a może parudziesięciu) innych ludzi, stanowimy czynnik wykonawczy zleceń, czyli... *ha.ha.ha. życie jest okrutne.*... najemników. Samo przychodzi na usta stwierdzenie.
                -Jestem najemnikiem?- nieświadomie powiedziałam to na głos.
                Hanselhoff umilkł. Patrzył na mnie, a ja gapiłam się, chyba nawet zaszklonymi oczami, ponad jego ramię. W powietrzu zawisła cisza. Wyparła zapach herbaty, szelest ubrań. Odbijając sie od ścian i okna szybowała wysoko, żeby osiąść na wszystko przygniatając to do ziemi. Zapadając powoli w bezdechową masę tłukła się o klatkę piersiową próbując wedrzeć sie nawet tam. Zatrzymać łopoczące serce, krążącą w ciele krew, biegnące przed oczami myśli. Jakby nie chcąc jej na to pozwolić, najżywsza z części człowieka tłukła się coraz mocniej, szybciej. Jak rozpędzający się po stalowych szynach pociąg. Kostki pobielały od zaciskania dłoni na poręczach krzesła, jakby próbując przeciwstawić się temu procesowi, może nawet powstrzymać się od ucieczki.
                -Tak- odpowiedział.
                Rozluźniłam dłonie, uspokoiłam się, spojrzałam na niego. Wiedziałam o co chcę zapytać.
                -To, że tu jestem...- zaczęłam powoli.- nie jest czymś normalnym, prawda? Nie rozmawia pan tak z każdym najemnikiem. Ale czegoś jeszcze nie rozumiem...
                Mężczyzna nie miał nasuniętych na nos okularów. Leżały obok jego dłoni, na czarnym notesie z czerwoną gumką. Nawet nie zauważyłam kiedy je ściągnął.
                -Dlaczego mnie pan do tego wszystkiego wybrał? Dlaczego akurat mnie?
                -Długo ci się przyglądałem- odpowiedział bez zastanowienia.- Od samego początku. Do tego, abyś zrozumiała, jak to jest ważne, muszę zacząć właśnie od tego początku
                Mówił spokojnie, prawie delikatnie. Patrzyłam na niego, jakby nie mając nic do stracenia, nic do ukrycia. A może raczej jakby to on coś o mnie ukrywał. Nie bałam się tego, co usłyszę, ale raczej tego, co z tym zrobię. Jeśli Hanselhoff wie o cokolwiek o Czerni... jeśli zna tą historię... to znaczy, że inni też. A to… to mogłoby być bardzo niebezpieczne.
                -Na pewno wiesz, co to jest sekta. Około dwadzieścia lat temu powstało coś, co zwało się buńczucznie "Bractwem krwi". Członkowie wyznawali wiarę w magię, moce nadprzyrodzone, legendy, mity a nawet wampiry czy wilkołaki. Nie będę opowiadał teraz więcej, bo wszystko, co udało mi się o nich dowiedzieć, zgromadzone jest tutaj. - Wskazał na trzy szare, podniszczone zeszyty.- Natomiast ważne jest to, co wydarzyło się półtora roku temu. Ty pojawiłaś się wtedy pierwszy raz w tym notesie. Dane trochę się rozmywają ale wiem co się wtedy wydarzyło. W tym okresie przybył do szkoły nowy uczeń, niejaki Włodek Markowicz.
                -Hm?
                Wiedziałam, że Wilk wtedy do nas przyszedł, ale że miał na nazwisko Markowicz... Coś mi nie pasowało, bo skądś kojarzyłam to nazwisko.
                -Każda informacja, jaką o nim mamy jest fałszywa. Nazwisko i imię zapewne również. Wiem natomiast co łączy go z niejakim Stefanem Kowalskim, woźnym. Oboje należą do sekty "Braci Krwi". Oboje mieli za zadanie wprowadzić sektę w środowisko młodzieży, poczynając od wybranej szkoły gimnazjalnej. 5 marca 2015 roku na placówce oświatowej przeprowadzono "projekt Cyborg", który  wprowadzony w życie został już dużo wcześniej. Niejaka Nika O., to dziecko, które zmieniane przez sektę było już wiele wcześniej. Bracia swoimi technikami stworzyli na podstawie tej dziewczyny identycznego cyborga, który miał zawładnąć szkołą, ale popełnili błąd, i ich maszyna rozbiła się na budynku placówki.
                Zaczynałam powoli coraz bardziej się bać i dziwić.
                -Od tego dnia sekta zaczęła przeprowadzać "projekt Ofiara". Wybrana została jednostka, mająca zastąpić Nikę. Wybrano Ciebie… Nie wiadomo do końca jaki był cel projektu, ale figurowałaś w nim jako bardzo ważna postać. Moja... siatka wywiadowcza... okazała się jednak nie dość dyskretna i wypłoszeni Bracia wycofali się ze wszystkich działań jakie prowadzili, a o których wiem, na tyle, by o nich mówić... A jednak nieopacznie przestałem się również wtedy przyglądać tobie, co sprawiło, że w twojej karcie jest ogromna luka. Przypomniałaś się jednak i wróciłaś kręgi osób, którymi się... interesuję, kiedy sama do mnie przyszłaś. Postanowiłem cię uważniej obserwować, ale ponownie, na dość długo, zniknęłaś z pola moich wywiadowców. Kiedy pojawiłaś się znowu się postanowiłem nie popełniać tego błędu...
                I tu urwał, nagle, gwałtownie, jakby powiedział za wiele. Domyślam się reszty, ale może jak i on jestem w błędzie. Niemniej jest to straszne. I chwilowo zamyka mi usta i wiąże dłonie. Człowiek, który miał być moim wujkiem okazał się... więzieniem. Jest za blisko prawdy, której nawet ja nie znam.
                -Rozumiem- wyjąkałam w końcu, ale szybko się opanowałam.- To znaczy, że nic się nie zmienia... Nie chcę wiedzieć co jest w tych notesach, nie chcę już nic wiedzieć. Może kiedyś, ale nie teraz. Tyle mi wystarczy... wujku. Dziękuję. To jest na prawdę ważne.
                Popatrzył jeszcze na mnie, jakby sie upewniając czy uwierzyłam, a potem skinął głową. Nie wiem co było dalej, ale kolejne pamiętam moje łóżko. Pamiętam jak do niego wchodzę i zaczynam myśleć. I myślę długo, aż do samego rana, a potem jeszcze kolejnego dania.
                Wtedy dopiero przychodzi większy spokój.
                Nastaje poniedziałek.

1 komentarz:

Unknown pisze...

Czekam na next'a <3 <3