Zakończenie
roku.
Niby gala,
ale to tylko zwykły apel. Niedopasowana do reszty siedzę sobie z boku na
ławeczce czekając aż Pani Dyrektor zacznie wyczytywać trzecie klasy. Zdaję
sobie sprawę, że cudem odratowałam swoje oceny na koniec, ale nawet nie liczę
na jakąkolwiek pochwałę. Na luzie patrzę w przestrzeń, po ludziach.
Po drugiej
stronie półokręgu siedzi większość mojej klasy. Z głupimi minami, może nawet
się wstydząc, chłopaki komentują kolejne osoby wychodzące po dyplomy. Widać jak
pokazują palcami, szturchają się i gadają. Na środek, przed scenę gdzie stoi
Dyrka, wychodzi jakaś pierwszoklasistka. Zgrabna, niewysoka blondynka wywołuje
głośniejsze komentarze i więcej szturchnięć u grupki moich kolegów. Niedaleko
od nich, miejsce zajmują ludzie z równoległej do mojej klasy. Wśród nich
szkolne pięknisie, które reagują na dziewczynę pogardą i skwaszonymi,
oburzonymi minami. Acha, już to słyszę. To prychnięcie, po którym następuje
seria obelg wobec pierwszoklasistki, bo ma na sobie taką samą sukienkę jak
herszt plastikowych lal. One już dadzą dziewczynie na facebook`u popalić. Na
bank za jakieś trzydzieści minut, będzie miała pod profilowym niepochlebny
komentarz. Odwracam wzrok na drugą stronę. Rząd obok siedzą nauczyciele. Jak
dumne pawie, wystrojone w galowe suknie i szpilki panie nauczycielki w myślach
pozdrawiają znienawidzonych uczniów ciesząc się z tak rychłego pożegnania. Na
zdrowie, wam życzę, miłe Panie! I jeszcze panowie. Nieliczny gatunek kadry,
który obecnością w garniakach sprawia wrażenie milszego niż zazwyczaj.
Przynajmmniej nie patrzą już tak groźnie na tych, których nie mogli zazwyczaj
zignorować. Przeddzień wakacji, to dla nich jeden dzień więcej spokoju.
O! Pani
Dyrektor doszła wreszcie do listy trzecioklasistów. Postanawiam się skupić na
moich koleżankach. Głośno każdą oklaskuję, kiwam im głową na znak podziwu i
szacunu, bo lecieć tam i się przytulać nie zamierzam. Chociaż teraz to pewnie i
one by nie chciały, bo jeszcze fryzurę by sobie nadwyrężyły. Jakoś bardzo to
też się znowu nie wystroiły i chyba tylko tak gadały wcześniej, żeby mnie
podpuść do założenia obcasów i kiecki. Przy nich moja szara obcisła spódniczka
i wyprofilowana biała koszula wygląda bardziej „wykoksiście”, a przynajmniej z
„pazurem”. O ile strój galowy może taki być… Przeczesuję włosy. Dyrka sięga po
ostatnie świadectwo. Czyta. Opanowuję zaskoczenie i nie mogąc powstrzymać
ogromniastego uśmiechu wychodzę na środek. Odbieram papier i gratulacje. Chcę
już schodzić, kiedy moja wychowawczyni naradza się z szefową i zatrzymują mnie
po dwóch krokach ulgi. Zdziwiona odwracam się do nich, ale stoją tam jak dwie
uśmiechnięte lwice, więc posłusznie wracam. Tłumaczą przez mikrofon do
niezwykle cichego tłumu, że musiałyby jeszcze wiele razy mnie wywoływać i chcą
od razu wręczyć mi wszystkie dyplomy i nagrody. Po kolei zaczynają wyczytywać
plik kartek, a ja tylko tam stoję taka trochę zawstydzona, bo coraz więcej ich
przybywa. W końcu kończą, a ja w oklaskach innych wracam na swoje miejsce.
Nieprzyjemne były te oklaski, och nie. Takie złośliwe, ostre i urywane, jakby
chcieli powiedzieć, że mi się nie należy. Nie patrzę na nich, tylko przeglądam
co mi dali za dokumenty i chowam wszystko do foliówki, bo torebki oczywiście
nie wzięłam. A potem staram się skupić na wiwatowaniu koleżankom, ale te
omijają mnie wzrokiem. Im też nie podobają się moje osiągnięcia. Niewiedzą
tylko, że z chęcią mogłabym im je oddać, bo nic dla mnie nie znaczą. Tak jak
świadectwo z paskiem, czy aplikacja do stypendium. Chyba moja przyszłość na tym
nie skorzysta…
Zastanawiam
się nad tym kiedy zadzwonić po dziadka, bo to on miał mnie podwieźć pod liceum,
i nad tym czy na pewno wybieram dobry profil, ale w mojej głowie pojawia się
zapewnienie, że i to nie jest ważne. Pod czaszką czuję pulsujący, wiercący się
jakby z radości, dzwoneczek ostrzegawczy. Zmysły reagują od razu. Spowolniam
oddech, wyostrzam słuch i powoli patrzę za siebie, ponad głowy gimnazjalistów,
na drzwi od przejściówki na basen. Domykają się, kiedy zauważam gdzieś w rogu
tego korytarzyka słaby cień. Myśli biegną szybko. Oglądam się na innych. Nikt
nie reaguje. Jak zwykle nie widzieli. Przeciskam się między siedzącymi, na
tyły, blisko zamkniętych drzwi. Rozglądam się, ale nikt się mną interesuje więc
pociągam za klamkę i wchodzę na korytarzyk.
Mój wzrok od
razu pada na dziwne, podłużne i mokre ślady na suficie. Niby chaotyczne ale
ułożone w ścieżkę do kolejnych drzwi. Tam gdzie widziałam cień podłoga jest
wilgotna i zimna. Chociaż zimna to ona chyba jest zawsze. Za drzwiami nic nie
słychać, więc przechodzę dalej, ale wracam się jeszcze do tej podłogi. Schylam
się i wącham tą „mokrość”. Nos rejestruje lekką woń chloru. Do głowy wpada mi
pomysł żeby zajrzeć na basen. Nigdzie na suficie ma już śladów, więc tylko
zerkając do jadalni i kompleksu sportowego zmierzam na basen. Nie mijam nikogo
i w kanciapie sprzątaczek też jest pusto. Czuję narastający niepokój, więc cofam
się z powrotem. Szkoła ma kamery na większości korytarzy, ale nie opłaca się
teraz sprawdzać nagrań, bo nawet nie wiadomo czy takowe są. Z basenu są możliwe
trzy wyjścia na zewnątrz i dwa (przez przebieralnię i szklany oddział dla
ratowników i wuefistów od którego się cofnęłam) do wewnątrz.
Kurcze! Nawet
nie wiem po co tam lezę! Ostatni dzień! Ostatni! I to może być zwykły człowiek
czy coś... chociaż nie. Nie, to na pewno nie był człowiek. Na framudze, nad
zamkniętymi drzwiami do przebieralni chłopców widnieje kolejna mokra plama. Duża,
ściekająca w dół po ścianie, aż krzyczy, że ma związek z jakimś potworem.
Kalkuluję, ale w pobliżu nie ma niczego co mogłoby posłużyć jako broń. Zaczynam
się coraz bardziej ekscytować. W sumie, czemu by jakąś fajną historyjkę na
koniec nie zaliczyć, nie? Takie ratowanie świata na dowidzenia dobrze brzmi…
Uśmiecham się do siebie, odkładam papiery na blat „porterki” (taka jakby szafka
na buty w wieszakami na ciuchy itp.) i powoli wchodzę do przebieralni.
W środku
cuchnie stęchłymi skarpetami i brudną wodą. Przylegam do ściany ale w
pomieszczeniu jest pusto. Coś jednak mi mówi, że niedawno to… stworzenie
jeszcze tu było. Drzwi do pryszniców są otwarte. Nasłuchuję. Gdzieś za ścianą
pluska woda. Przechodzę dalej, mocząc czarne trampki w chlorowanej wodzie. Przekraczam
moczadełko do stóp i… Stop! Przy prysznicach nigdy nie ma aż tyle chlorowanej
wody bo z kranów leci czysta... Wciąż słysząc niepokojący plusk, ale nadal nie
widząc zagrożenia, choć bardzo wyraźnie je czując, skradam się przy ścianie do
pierwszego lepszego pomieszczenia. Składzik na sprzęt basenowy. Nie przewracam
niczego, bo nie jesteśmy w filmie, i
odczekuję chwilę żeby znowu wyjrzeć. W basenie ewidentnie coś się porusza ale
nie widzę dokładnie. Musze podejść bliżej…
Nasz szkolny
basen jest prawie jak olimpijski, bardzo głęboki i czysty, bo niedawno
remontowany. Razem z przylegającą do niego szklarnią (nie dosłownie- szklarnia
to takie podłużne kanciapy dla wuefistów i ratowników gdzie mają stoliczki,
komputery i szafki, a nazywa się tak, bo na ta ściana „dobasenowa” jest cała
jak wielkie szklane okno), trybunami nad nią, schowkiem, przebieralniami jest w
jednym oddzielnym budynku połączonym z kompleksem sportowym i jadalnią
przedpokojem-koytażem. Patrzę więc na kolejne z wejść do szklarni kiedy to, co
widzę, zmusza mnie do mocnego zaciśnięcia szczęk.
Na kafelkach
leży świeże, zmasakrowane, wybebeszone ciało ratownika.
Jeszcze się
rusza.
1 komentarz:
Wreszcie udało mi się dotrzeć aż tutaj! Teraz będę musiał wyczekiwać na kolejny rozdział... No i co ja po nocach będę czytał?
Nie wiem jak Ty to robisz, ale każdy kolejny rozdział jest ciekawy i po prostu nie da się tym znudzić. Mnie momentami wciągało aż za bardzo xD Ten rozdział również mnie nie zawiódł. Podziwiam Cię Julka ;)
Prześlij komentarz