Lubię koty.
Ten
kot jednak chyba nie chciał żeby go pogłaskać, bo kiedy zeskoczył z daszku i
się do nas zbliżył, to usiadł trzy metry ode mnie. Nie spuszczałam z niego
wzroku i już nawet nie słuchałam tego co mówił Piotrek tylko starałam się
rozgryźć o co temu zwierzęciu (o ile w ogóle nim jest) może chodzić i czym
jest. Jego złota grzywa falowała lekko jakby materia wokół była czymś gęstym
niczym woda, a nie tylko zwykłym powietrzem. Miał jasne futro, coraz
ciemniejsze im dalej od pyska, a prawie czarne na końcu ogona. Oczy koloru
nieba wbijał we mnie jak dwa urocze gwoździe przeszywając serce nieprzyjemnym
uczuciem.
-Piotreek…
Ty weź mi powiedz, co tam jest?- wskazałam na miejsce gdzie siedział kot.
-Gdzie?-
patrzył za moim palcem.- No, beton jest, a co?
-Ale
co to jest, to na betonie? Widzisz?
-Eee…?
Kamienie?- jednak nie widział.
-Przyniesiesz
mi tak ze dwa kamienie?
-A
po co ci?- patrzy na mnie podejrzliwie.
-Zobaczysz
jak przyniesiesz. No weź, brat…
-No
dobra…
-Ej,
nie! Stój!- zatrzymałam go parę centymetrów od stworzenia- Nie stamtąd. Te spod
bramki są lepsze. Idź, idź.
-Okej...-
spojrzał na mnie jak na głupka (czyli jak zwykle) i przeszedł obok
niewidocznego dla niego drapieżnika.
Kot
wodził za nim wzrokiem, a kiedy ten usiadł, to ziewnął przeciągle pokazując
szereg ogromnych kłów. Jak chciał się też uzębieniem popisać, to trochę mu nie
wyszło, bowiem nie zrobiło to na mnie dużego wrażenia. W końcu cztery lata
chodziłam w aparacie ortodontycznym, a ostatnio uśmiech też potrafię mieć nie taki
znowu niewinny.
-Ej,
masz to. Chcesz czy nie?
-No
chcę… daj- wzięłam od niego garść małych kamyczków.
Wyłuskałam najmniejszy, zważyłam
go w dłoni i nie biorąc zamachu rzuciłam w stronę lwa. Kamyczek leciał powoli, jego
cień mknął po ziemi gdzieś na granicy pola widzenia. Nie było słychać żadnego
dźwięku, aż do momentu kiedy kamyk upadł na ziemię i poturlał się gdzieś w kępę przebijającej przez szczeliny w
betonie trawy. Lew przekrzywił łeb, spojrzał się za siebie, a potem na siebie i
na mnie. Nie byłam pewna czy chybiłam, czy…
-Juliaaa?
Ty chciałaś po prostu sobie porzucać, tak? – brat szturchnął mnie w ramię.
-N-nie…
- gapiłam się osłupiała na powstające w ziemi zwierze.
Kot
wstał i powolnym krokiem, łapa za łapą, szedł w moją stronę. Wstrzymałam oddech.
Zwierze było centymetry od mojej prawej nogi i prawie stało na bucie Piotrka.
-Julcia?
Co jest?
-Nic…
Nic, nic. Czekaj, zaraz ci coś powiem….- patrzyłam na uniesioną łapę
stworzenia.
Jasne
futro zafalowało kiedy kończyna przepłynęła przez nogę mojego brata, tak jakby
kot był tylko hologramem. A potem lew położył tą samą łapę na moim kolanie i tym
razem poczułam jej niesamowity ciężar.
-Kuźźźźźźźźźź….
Waaaa……
-Hę?
Julcia, no co jest?
-Piotrek…-
zastanowiłam się chwilę-… tak sobie myślę, że zrobiło się już późno i trzeba
wracać do domu.
-No!
I to rozumiem- brat zerwał się z ławki- Zdążymy jeszcze pograć w Call of Duty!
-No
właśnie, bo ja tutaj jeszcze sobie zostanę, co?
-Po
co?
-Trików
chciałam jeszcze paru spróbować, wiesz…
-Taaa.
Pewnie macie się spotkać z Oliwierem, tak?- zaczął się chichrać- I mam nie
przeszkadzać? I nie podsłuchiwać jak będziecie…
-Tak,
tak, brat- oderwałam oczy od lwa i rzuciłam Piotrkowi groźne spojrzenie.
-No
dobra, już idę. To ja wezmę torbę.
-Ochraniacze
weź, bo mi już nie będą potrzebne. I butelkę.
-Okej,
okej. Ide - i poszedł, rzucając długi cień i w tej ciszy sprawiając wrażenie
takiego kłębka dźwięku.
To
dobrze, że brata jeszcze ześwirowanego nie mam, ale to znaczy że ze mną coś się
chyba podziało, że niewidzialne ale jednak widzialne koty widzę. Ten tutaj to
ciekawy okaz. Ciekawy na tyle, że nie wiem czy chce mnie zjeść, czy żebym go
pogłaskała.
Zwierze
zdejmuje ze mnie łapę i zniża łeb do mojego brzucha. Powstrzymuję w sobie
odruch ucieczki i zamiast wiać delikatnie kładę lewą dłoń na jego pysku. Pysk
ma większy od ludzkiej głowy, ale to, co czuję pierwsze jest przeciwieństwem
ciepła, jakie powinno od niego bić. Moja dłoń jakby zanurza się w
niewidzialnej, zimnej materii, tworzącej swego rodzaju pancerz stworzenia.
Uważnie głaskam lwa widząc jak futro układa się pod moimi palcami. Grzywa
faluje i z bliska widzę różnorodność jej odcieni. Nie mogę uwierzyć, że dotykam
czegoś prawdziwego, a jednak czuję przecież czego dotykam.
Zwierze
odsuwa w końcu łeb i cofa się do tyłu.
-Jesteś
prawdziwy, czy zmyślony?- sama tym zdziwiona zadaję to pytanie całkowicie
poważnie i na głos.
Lew
nie odpowiada.
-Czy
ja zwariowałam? Jesteś w mojej głowie?
Dalej
cisza.
-Czego
ode mnie chcesz?
Na
te słowa kot odwraca głowę w stronę lasu, majga porządnie ogonem, a potem znowu
wbija we mnie wzrok. Nie wiem o co może mu chodzić. Jeśli to stworzenie jest
prawdziwe, to znaczy, że nie pokazuje się akurat mnie bez żadnego powodu.
Piotrek go nie widział, co oznacza, że pewnie inni ludzie też nie. Ale może on
nie jest prawdziwy?
-Nie
wiem o co ci chodzi, Lwie- mówię do niego łagodnie.
Patrzy
na mnie mrużąc oczy, a potem potrząsa łbem, odwraca się i zaczyna iść w stronę
lasu. Ufając intuicji podążam za nim. Idziemy prosto przez boisko, mijamy
wysokie tuje i schodzimy ze wzgórza na którym stoi szkoła. Niżej jest tylko
stara rudera dawnego składziku na miotły i kupka cegieł pod płotem. Dalej
rozciąga się las. Kot zatrzymuje się przed budyneczkiem. Składzik jest stary i
mocno skrzypi na wietrze, ale nadal się trzyma. Teraz nikt już tam nic nie
trzyma, nawet pół złamanego wiadra się tam nie znajdzie, ale kiedyś ponoć była
to chatynka szkolnego ogrodnika. Nawet klasa mojej mamy pamięta jeszcze jak
sadzili drzewka przy płocie na ocenę z przyrody. Dawniej pewnie dzieciaki
trzaskały zamykając zielone drzwi, ale teraz stały one prawie wisząc na
zawiasach i wyglądając jakby miały opaść na ziemię niczym zeschły liść.
Spojrzałam
na zwierze i wzruszyłam ramionami.
-Co
dalej?
Lew
potrząsnął łbem, przysiadł na silnych łapach i wyskoczył w górę. Jego ogon
musnął mój policzek i znowu poczułam to zimno, którym był okryty. Kot wskoczył
na dach składziku, podreptał, poniuchał i znowu zwrócił się ku mnie. W tym
momencie przypomniała mi się rada Wielkich Wilków w Pozaświecie. Tylko, że lew
to raczej nie wilk (nie róbmy psa z kota).
-No
to rozumiem, że mam tam wleźć? Okej- odpowiedziałam sobie sama.
Poprawiłam
spodenki i odsunęłam się dwa kroki. Trzeba zrobić tak jak na treningu. Rozpęd,
dłonie, podciągnięcie, siup na górę i tyle. Szkoda tylko, że ta rudera może się
pode mną zawalić…
Już
miałam łapać za daszek, kiedy poczułam jakbym uderzyła twarzą w pękającą folię.
Świat na chwilę zawirował i zrobiło mi się niedobrze. Zamknęłam oczy i oparłam
się drzwi nie chcąc się wywalić. Kiedy znowu je otworzyłam nie stałam już przed
tymi samymi drzwiami. Te były mocno zielone i pachniały świeżą farbą. Pociągnęłam
nosem. W powietrzu czuć było zioła: miętę, rozmaryn, szałwię i wiele innych,
których nie rozpoznawałam; a także coś kwaśnego, trochę słodkiego ale
nieprzyjemnego. Spojrzałam na okienko, które wcześniej wybite, teraz błyszczało
czystością. Kremowy parapet i ściana również jaśniały. Nagle zauważyłam ruch po
lewej. Odwróciłam głowę, wciąż stojąc czubkami butów dotykającymi framugi drzwi
i zobaczyłam postać stojącą w drugim oknie. Była praktycznie tylko zarysem ale
i tak przyprawiła mnie o dreszcz. Nagle coś szarpnęło mną do tyłu, znowu
poczułam jakbym przebijała się przez ścianę folii i wylądowałam tyłkiem w
trawie mając przed sobą stary składzik.
Wszystko
było jak przedtem. Wybite okna, poszarpany dach, potrzaskane parapety, pędzący
po ścianach rozkład. Nie zdążyłam jednak przyjrzeć się oknu w którym ujrzałam
nieprzyjazny byt, bo cały widok zasłonił mi najeżony Lew. Warczał i rzucał się
nerwowo, raz po raz zerkając za siebie, na to okno po lewej. Nie musiał nic
mówić, zrozumiałam. Wycofałam się i nie oglądając do tyłu zaczęłam biec. W
pędzie zgarnęłam deskę z ławki spod szkoły i pobiegłam do domu.
Tego
dnia Lew już się nie pokazał, ja nigdzie nie wyszłam, a w nocy śnił mi się
koszmar.
Koszmar
o czerwonych drzewach.
1 komentarz:
Miło znów zanurzyć się w tą historię. Jak zwykle ciekawie
Prześlij komentarz