Zapach
omletów i tostów zdołał zwlec mnie z łóżka.
Poszłam do
łazienki szurając bosymi stopami po podłodze i wywołując radosną reakcję
rodzinki na moje przybycie. To chyba jednak nie śniadanie, a ich hałas mnie
obudził. Wyszczotkowałam porządnie zęby, przemyłam twarz lodowatą wodą i
związałam włosy w kucyk. Brat już po chwili zaczął dobijać się do drzwi, więc
szybko się ogarnęłam i dołączyłam do reszty głodomorów.
-O! Śpiąca
Królewna wreszcie wstała- zażartował tata.
-Ile można
spać? Do roboty, a nie!- mama się dołączyła.
Nie mieli
racji. Nie spałam, a jeśli już, to było to bardzo męczące. Te sny… Nie pamiętam
większości ale jedno bardzo wryło mi się w mózg… To było okropne….
-Mamo gdzie
jest nutella?
-Na dole u
babci, brat- odpowiedziałam Piotrkowi zamiast niej- Weź przy okazji dżem przynieś.
Brzoskwiniowy!
-No okej- już
leciał na dół.
Piotrek
zwykle śpi w samych spodenkach więc ostatnie co widziałam to jego chude plecy
ginące za winklem, a potem przed twarzą pojawił mi się świeży omlet na
ogromniastym (chyba największym w całym domu) talerzu, z którego i tak
wystawał.
-To dla
mnie?- uśmiechnęłam się do szczerzącego się taty.
-A zjesz
wszystko?- zapytał dumny ze swego dzieła.
-Jak zostawię
to przecież ty zjesz…
-Dzieci, czy
ja muszę być zawsze takim śmietnikiem? To te wasze resztki mnie tak tuczą!
-Nie
przesadzaj, Adaś- mama dosypuje cukru do cukierniczki.
Zapada
chwilowa cisza kiedy tata nalewa kolejną porcję ciasta na patelnię, a mama
odstawia czajnik.
-Maaaamooo…-
bawię się pustym kubkiem w różowe serduszka.
-Hmm?
Zastanawiam
się chwilę nad pytaniem i formułuję sobie w głowie najmniej dziwne.
-Co jest w
tamtym składziku za szkołą?
-Chyba nic. A
czemu pytasz?
-Tak sobie… Ej,
a wy czasami nie mieliście za szkołą szklarni kiedyś?
-Nie…
Szklarni nie było, ale mieliśmy nasz własny ogródek z marchewkami i sałatą-
mama zamyśla się- Przypominam sobie jak kiedyś wydzielano po jednej grządce na
klasę i zdawaliśmy na ocenę kto jak się tymi grządkami zajmował. Nasi chłopcy
woleli podjadać marchew zamiast ją pielęgnować i zawsze mieliśmy najmniej
warzyw.
-A! To pewnie
w tym składziku trzymaliście narzędzia, taczki i takie tam?
-Składziku…
Nie pamiętam składziku.
-A ta rudera
co stoi za szkołą?
-Jaka rudera?
-No ten niby
składzik czy coś, no wiesz!
Zaczęło mnie
to irytować. Ma kręciła i pomijała ten temat, a wydawała się jakby szczerze nic
nie wiedziała.
-Mamo, no
weź!
-Może tata
wie, bo ja nie. Adam!- warknęła na niego rozeźlona moimi dociekaniami.
-Co? Czekaj…
Omlet… Jaki składzik?
-No ten za
szkołą, tam jak się schodzi z górki, pod płotem, no wiesz.
-Nie wiem o
czym mówisz. Tam na dole jest gruz i czasem mi się tam z Piotrkiem nie bawcie!
-Ja nie mogę!
No dobra… A czy ty tato też miałeś ogrodnictwo?
-Nie, my nie.
Tam jak jest ten składzik to za nim był kiedyś taki mały sad…
-O! Ten
składzik! Właśnie o to mi chodzi.
-… i my
mieliśmy razem z jeszcze kimś się nim opiekować. Ale potem go wycięli, zresztą
tak jak zniszczyli grządki i ogród.
-Tato! Ale
ten składzik no!
-Co? Jaki
składzik?- spojrzał na mnie zdziwiony.
-Ale…. Eee….
Kurcze. No nie ważne- uśmiechnęłam się, żeby zakryć zdenerwowanie i opadnięte
ręce- To jak było z tym sadem?
-Pani… Tekla,
nasz ogrodnik… pilnowała nas żebyśmy niedojrzałych śliwek nie jedli- zaczyna
się śmiać i sięga po dzbanek.
-Przecież
jeszcze do nas wspominali wszyscy jak Grześka nafaszerowaliście i potem miał…
problemy żołądkowe… ha ha ha… przez dwa tygodnie- mama śmiejąc się odgania go
od gorącej herbaty.
-Tak, tak. A
mnie to pouczacie żeby nie dokuczać Piotrkowi- wypominam im.
-Oj, ale
wujek Grzesiek to zawsze był taki… ciamajdowaty. Pamiętasz Adam jak…
-Mamo,
przecież już tysięczny raz to opowiadacie!- przerywam jej czując nadchodzącą
historię o parasolu.
Nalewam sobie
przyniesionej herbaty do kubka i wkładam kolejny wielki kawał omleta do ust. Popełniam
błąd, bo bez dżemu omlet jest za suchy i na chwilę skutecznie mnie wycisza.
Przeżuwam śpiesząc się do kolejnych pytań.
-A… mlask… jak to było z tą… no… mlask… Teklą?
-Jaką Teklą?-
mama znowu nic nie wie.
-No tą… tą
ogrodniczką, nie?
-Nie wiem o
kim mówisz, Julia. Tekla to przecież ta pajęczyca z Pszczółki Mai.
-Tak ale tata
powiedział przed chwilą, że mieli ogrodniczkę Teklę…
-Ja?- tata
nakłada kolejną porcję omletu na talerz- Ja nic nie mówiłem…
-Nie było
dżemu brzoskwiniowego!- do kuchni wpada zdyszany Piotrek całkowicie już
odwracając uwagę rodziców od naszej rozmowy.
Dziwne.
Zachowują się tak jakby zapominali o czymś co się zdarzyło, ale jednak o tym
pamiętali. Jakby coś… blokowało ich wspomnienia, albo nie pozwalało im mówić.
Hm… Niepokojące.
-Julcia, a ty
chcesz powideł? Julcia?- brat wyrywa mnie z zamyślenia.
-Naaah. Rzuć
nutellę- wyciągam rękę po słoik- i nie mów mi Julcia.
-Masz,
Julcia- dokucza mi.
-Dziękuję
-odpowiadam mu lekkim dźgnięciem widelcem w żebra- Zjem cię za to jak tego
omleta, zobaczysz, brat.
-Taaa- prycha
i odskakuje.
Śmiejemy się
i zabieramy do jedzenia,
bo przecież bratu można wybaczyć, a siostrze dokuczyć...
1 komentarz:
Podoba mi się ten rozdział. Jest chyba w dużym stopniu prawdziwy
Prześlij komentarz