Po śniadaniu
siedzę w pokoju rozmyślając co zrobić.
Kurcze.
A jeśli mi się to wszystko tylko przywidziało? Muszę iść sprawdzić, czy budynek
rzeczywiście tam stoi… Ale Lew jak dotąd się nie pokazał, może nie powinnam tam
chodzić. Z drugiej strony ta postać z okna była dość niebezpieczna, a
przynajmniej to podpowiadał mi instynkt. Ale co ja się będę przejmować, jak
przecież nic się nie dzieje? Nic mnie nie zaatakowało… Ale Lew chciał żebym to
zobaczyła. To… coś. A jak już zobaczyłam, to nie mogę zostawić tego tak po
prostu, zignorować… bo chyba tylko ja widziałam tego Lwa… Kurcze.
Podejmuję
decyzję i zbieram rzeczy. Nóż, multitool, zapalniczka, aparat, naładowany
telefon, pieniądze… Zastanawiam się nad bronią
palną, która leży już od dawna nieużywana w szafie, ale czuję do niej taką niechęć
i wręcz wstręt, że rezygnuję. Już na dole tłumaczę babci, że idę popstrykać
zdjęć podstawówce, bo potrzebuję jako przykład do rysunków. Bratu nie chce się
iść razem ze mną i nawet dobrze, a reszta jest zajęta swoimi sprawami więc po
jakiś pięciu minutach stoję przed główną bramą szkoły. Furtka jest zamknięta,
ale przeciskam dłoń przez szpary w siatce i odsuwam sobie skobel, a później
dokładnie go za sobą zamykam. Wyciągam z torby aparat, przewieszam na szyi i
powoli idę dalej. Magiczny drapieżnik nie wyściubia nawet kawałka nosa żeby się
pokazać, ale nie przestaję liczyć, że tak zrobi.
Na początku
idę pewnie na tyły szkoły, ale kiedy zza wypłowiałej trawy wyłania się dach
składziku zaczynam zwalniać. Spoconymi dłońmi zdejmuję pokrywkę z obiektywu i
przykładam aparat do oka. W głowie zaczyna mi szumieć, czuję nacisk na ciało. W
ustach pojawia się metaliczny posmak, pot oblewa kark, słońce parzy w głowę.
Czy właśnie tak czują się ludzie, którzy uciekają? Wduszam przycisk, ale aparat
milczy. Ponawiam próbę. Nic. Klikam po raz kolejny, ale wciąż nie słyszę
charakterystycznego pstryknięcia. Zaciskam dłonie na urządzeniu i odsuwam je od
twarzy coraz szerzej otwierając oczy.
Nie
nadprzyrodzona siła, żaden młot, niczyje pchnięcie- sama odsuwam się gwałtownie
w tył. Przed sobą mam zalany przedpołudniowym słońcem budynek szkoły. Cień rzuca
mi się spod nóg na beton boiska-kształt jest lekko wychudły, zdaje się cały
drżeć. Pochylam głowę i sprawdzam zapis zdjęć na aparacie. Są trzy nowe. Jedno
na którym widać skrawek dachu składziku, kolejne… mocno zamazane i… poszarzałe?
I ostatnie. Zamazane, jakby poszarpane i
szare zdjęcie, które wydaje się zrobione zza szklanej szyby.
Wręcz czuję
jak zwężają mi się źrenice.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz