Dotykam rozgrzanego betonu.
Cały
mój organizm drży, trzęsie się od środka. Czerń pragnie się uwolnić, rozszaleć
burzą, niszczyć, zabijać, walczyć… Nie mogę na to pozwolić, nie mogę stracić
kontroli!
Zamykam
oczy.
Teraz
to czuję… te wszystkie impulsy próbujące mną manipulować.
Biorę
głęboki oddech.
Uspokajam
próbujące przebić się przez tarczę błyskawice, wyciszam je, dławię.
Krzyczę
niemo, bezdźwięcznie.
Zaciskam
pięści. Mocno, żeby tylko się powstrzymać…
Powoli
otwieram dłonie. Drżą.
Zaciskam
znowu. Otwieram je.
Już się nie
trzęsę.
Myślę. Co to
było? To przed chwilą, to nadal… Takie odczucie… Kojarzy się z trującym dymem,
oparami gazu, niesłyszalnym sygnałem… Czymś co powoduje reakcje w organizmie,
podwyższenie adrenaliny, agresji, innych hormonów. Mój wewnętrzny dzwonek wali
mi po łbie dopiero teraz, ostrzegając, rozkazując wiać. Wcześniej przez ułamek
sekundy miałam ochotę rozerwać cielesną powłokę, a potem zabijać. Tylko
zabijać. Dlatego musiałam się uspokajać, bo czerń zaczęła się uwalniać, sama,
przejmować kontrolę. Oczy się zmieniły bez mojej woli, albo raczej właśnie z
nią, tą nagłą… podprogową. Coś chce się mnie bardzo widocznie pozbyć i grozi
mi, jeśli nie odejdę... Zagrożenie. Taak, to wyczuwam aż zbyt wyraźnie. Na
razie bezkształtne, ale teraz już celujące we mnie zagrożenie. I nim właśnie na
milę śmierdzi składzik.
Marszczę nos,
odchylam głowę, uśmiecham się do gorącego słońca. Otwieram oczy i wstaję.
-Nie
powinieneś był tego robić – mówię w przestrzeń.- Teraz już nie mam odwrotu.
Ocieram nogi
z pyłu, zgarniam torbę chowając do niej aparat i ponownie ruszam w kierunku
składziku. Wprost z boiska wchodzę w wysoką trawę, żeby nie marnować czasu na
obchodzenie jej ścieżką. Suche źdźbła szeleszcząc kąsają mi nogi. Staję przed
drzwiami domku i przyglądam mu się, szaremu, zdewastowanemu, zamarłemu jakby w
pół ruchu. Doczepiam nóż za pasek shortów, klnąc pod nosem, że nie włożyłam
bojówek i jeszcze chwilę zwlekając, bo być może Lew się ujawni, wchodzę w
„foliową zaporę”.
Tym razem
odczucie jest bardziej nieprzyjemne. Przebijam się przez ścianę ponabijaną
milionem odczuwalnych boleśnie przez moje receptory igiełek i z rozpędu uderzam
barkiem o framugę drzwi. Zatrzymuję się przed czarnym prostokątem i skrzypiącymi
drzwiami. Są otwarte i poskrzypują cicho przez zimny przeciąg, który sprawia,
że dostaję gęsiej skórki. Nie potrafię przyzwyczaić oczu do ciemności, coś
blokuje mi sensory.
-Kuźwa…
Dlaczego nie wzięłam latarki!
No cóż, z tym
już nic nie zrobię i pozostaje zapalniczka. Pożyczona od brata zippo, pstryka i
wyciągam dłoń do wejścia, ale i narzędzie i nawet moja dłoń giną bez śladu,
choć wciąż czuję, że je posiadam. Kolejna zapora? Przymykam oczy i pozwalam
sobie na użycie mutacji. Teraz moja dłoń ginie w poruszającej się tafli
szarości, jak gdyby przechodziła przez zepsuty ekran starego telewizora.
Skupiam się i w szarości rozróżniam ściany, korytarz, pudła i chyba żyrandol.
Chowam zapalniczkę i wkraczam do środka. Pierwsze co wyczuwam to smród
spalonego mięsa. Krzywię się i rozglądam dookoła, bo moje oczy wyłapują już
wszystkie szczegóły. Korytarz jest krótki i kończy się wielkim pokojem. Od razu
przykucam do ziemi za stosem pudeł, ale prawie podskakuję gdy drzwi się za mną
zatrzaskują. Nie odwracam się, bo i tak nie wyczuwam tam ruchu, a przed sobą
mam całkiem ciekawe i zarazem odrażające pomieszczenie, chociaż chodzi raczej o
jego wyposażenie.
Wydaje się
być na planie kwadratu, jednopiętrowe, z
jedynym wejściem w środku północnej ściany i jest bardziej salą niż pokojem. Po
części zachowana w zielonej tonacji, ale głównie przez oblazłe grzybem i pleśnią
zbutwiałe półki i szafy, oraz brak lamp czy żarówek. Po przeciwnej stronie pali
się kominek i po całym pomieszczeniu rozsiane są świece. Na pokrytej kurzem
podłodze pomiędzy stosami materiałów i trudnych do zidentyfikowania przedmiotów
ich płomyczki są nisko przygaszone, a wystające z pootwieranych szuflad chwieją
się lekko falując. Poustawiane na półkach i regałach zawalonych książkami,
zwojami, flakonikami, słoikami, garnkami, koralami, kamieniami… i na drzewach. Połowa
sali jest zasłonięta gąszczem gałęzi, a cienkie pnie wystają z dywanu, a może
już nie z dywanu, bo ten, pokryty błotem, kurzem, pleśnią i mchem sprawia
wrażenie napuchniętego śmierdzącym oddechem zasuszonego płuca. Na rozwinięte i
wyrosłe w różne strony korzenie powoli skapuje wosk tworząc jasne stalagmity.
Bezlistne korony wbijają się w sufit, gałązki dźgają powietrze jak chude dłonie.
Świece na co grubszych gałęziach rozświetlają pooraną bruzdami, twardą, ciemną
korę.
Po prawej, za
jedną z większych szaf, widać większą plamę jasności, a więc tam też musi być
jakieś źródło ciepła… a mimo to na skórze czuję nieprzyjemne zimno. Na podłodze
niedaleko ode mnie w kurzu wytarte są ślady, takie jak te z krwi kiedy ktoś
przeciąga ciało aby je ukryć, ale kiedy zbliżam się i ich dotykam, są raczej
rozwodnioną, zaschłą smołą. Czujna podnoszę głowę i wciąż się rozglądając, ale
nadal nie wyczuwając żadnego ruchu, skupiam na najbliższych przedmiotach. Dotykam
najbliższej książki, której tytułu nie rozumiem, bo pozłacane litery są
zamazane, ale od razu cofam dłoń, bo z trzewi lektury wypełzają białe robaki. Ohyda!
Pośmiertny rozkład…
Blisko,
wciśnięta między stosik pustych butelek, a zbutwiałe kartony… zwoje?, stoi
rozklekotana skrzynia z wiekiem zamkniętym na zasuwę. Podchodzę do niej,
przyciśnięta do ziemi, otwieram zwilgotniałe wieko i wstrzymuję oddech by nie
zakrztusić się pyłem. Jest zapełniona jakimś mlecznym proszkiem, czymś podobnym
do bułki tartej, jaką mój dziadek mielił w specjalnym młynku z zeschłych
kromek. Nic innego mi to nie mówi, więc z powrotem zamykam skrzynię i kieruję
dłonie ku butelkom, ale rzeczywiście są puste, a ponadto brudzą mi dłonie.
Sterty obok już nie dotykam, bo moją uwagę zwracają na wpół przymknięte
szuflady po drugiej stronie ścieżki, jaka utworzyła się ze śladów na podłodze. Brzegi
starego drewna są wytarte, a na ściankach widać odciski dłoni. Muszę wstać,
żeby zaglądnąć do wnętrza którejkolwiek z szafek, więc oglądam się za siebie i
podchodzę.
W pierwszej z
szafek są srebrne i złote łańcuszki. Ładne, krótkie, czyste i brudne,
zniszczone, poskręcane, poplątane, upchnięte jakby na siłę, ale jednak wydaje
się, że ktoś włożył tam to wszystko dopiero przed chwilą. Tylko łańcuszki…
Robię krok dalej, do drugiej szuflady. Ta jest bardziej domknięta, ale przez
szparę widać połyskujące, małe drobinki. Analogicznie to powinny być zawieszki
do łańcuszków, ale kształty są za małe, zbyt kanciaste i bez tych kółeczek na
których się je zawiesza. Po chwili wyłapuję coś charakterystycznego i już wiem-
kolczyki. Chyba… Idę dalej, do trzeciej z szuflad. Ta już ostatkiem sił wisi na
miejscu, a w środku prawie nic nie ma. Wewnątrz wyłożona jest tylko jakimś
grubym materiałem, podartym w niektórych miejscach, poplamionym i wgniecionym.
W zagłębieniach widać drobinki czegoś mocno skrzącego się, może brokatu…
Chociaż nie, w takim miejscu to raczej nie byłby brokat.
Ponownie
robię krok do kolejnej z szuflad ale moja stopa natrafia na coś wystającego z
ziemi i muszę się cofnąć żeby nie upaść. Wymachując dłonią zahaczam o mebel i
ten chwieje się mocno skrzypiąc i trzeszcząc, i do tego o całość pocierają
bliskie gałęzie przerażających drzew też nagle się ruszając. Klnę kiedy kątem
oka przyuważam feralną, wystającą tak bardzo szufladę, która leci w dół, do
ziemi i nie chcąc, żeby przy zderzeniu z rozleciała się w wióry łapię ją
jeszcze wysoko w powietrzu. Zamieram z nią w dłoniach rozglądając się dokoła.
Wciąż panuje wszędzie niemiła cisza ale mam wrażenie, że to coś, co miałoby się
teraz obudzić, już dawno nie śpi. Odkładam ją delikatnie na ziemię, żeby nie
wydać żadnego dźwięku i zauważam w środku mały, przeźroczysty kryształ, który
wcześniej musiałam przeoczyć. Podobne do diamentu, kształtu cukierka… coś.
Ładne, bardzo ładne, ale nawet się do tego ręką nie zbliżam.
Gałęzie
niezachęcająco szeleszczą mi wciąż jakby nad karkiem i z tym nieprzyjemnym
odczuciem właśnie wracam się do wejściowego korytarzyka.
…
Cdn…
1 komentarz:
Ciężko mi znaleźć odpowiednie słowa, żeby opisać swoje odczucia, powiem więc tylko, że czekam na więcej.
Prześlij komentarz