Znaczy, te
drzewa… Znowu kieruję ku nim swój wzrok. Zastanawiam się dlaczego są tak
niemiłe w moich wspomnieniach i dlaczego czuję się jakbym już je gdzieś
widziała. Cicho przeklinam, odwracam się, żeby się upewnić, że drzwi wejściowe
nie zniknęły i ruszam prosto w gąszcz roślin. To przecież zwykłe drzewa, a
tylko przez nie można się dostać na drugą stronę pomieszczenia. Pierwsze
gałęzie nawet mnie nie dotykają, ale kolejne ciągną mi ubranie i trą o ciało,
zostawiając na nim czerwone pręgi. Przebijam się przez piekielny zagajnik i z
ulgą wypadam wręcz na drugą stronę, gdzie stopy nie topią się już w mchu i nie
potykają o korzenie.
Drewniana
podłoga skrzypi pod naciskiem, kiedy idę w stronę kominka. Jest duży, kamienny,
oblazły sadzą i zaniedbany. Nie czuć ciepła choć prawie dotykam buchającego
ognia. Wpatruję się w palenisko i tam gdzie powinny być drewna, leżą resztki
jakiś toreb… A może worków z czymś? Nie wiem… W popiele lśni metalowy zamek
błyskawiczny, którego z trudem rozpoznałam, podłużne i przytopione (bo chyba
plastikowe…) rurki, kupka wciąż trochę białych szmat, jakieś kartki. Rozglądam
się, ale nie widzę pogrzebacza, a nie chcę sprawdzać czy się oparzę, więc nie
sprawdzam paleniska dokładniej. Patrzę naokoło szukając śladów i z nikąd nagłe
przeczucie każe mi się odwrócić. Wciąż nie wyczułam ruchu, a gwałtowne reakcje
są zawsze bardzo alarmujące, więc zaciskam zęby i przechodzę powoli na lewo,
nie sprawdzając nawet co mam przed sobą dopóki przed tym nie stanęłam, a
chociaż tak spięłam się i wyczuliłam zmysły, to nic nie zarejestrowałam.
Za to przed sobą miałam całkiem ciekawy
warsztat. W rogu była maszyna do przędzenia i przez to postać z okna od razu
skojarzyła mi się z Mojrą, istotą z mitologii greckiej, która przędła nić życia
człowieka, ale jakoś mi to nie pasowało, więc wyrzuciłam ten obraz z głowy.
Obok mojej nogi stał niski taboret, dostawiony do stoliczka z narzędziami. Na
podziurawionej ceracie leżały drobne szczypce, nożyczki, obcęgi. Na środku
leżał palnik i taka dziwna łyżka, chyba żeby coś na niej stopić. Była też gruba
deska oblana stwardniałym już metalem… srebrem? Nie znam się na metalach, ale
to było takiego właśnie koloru, koloru biżuterii. Pewnie to było srebro… Leżały
też na niej różnej wielkości, przeźroczyste i kolorowe, połyskujące kryształy,
takie jak ten z feralnej szuflady. Zaśmiałam się nerwowo na pocieszenie, bo
robiło się coraz bardziej niepokojąco.
Dalej, za
stolikiem, przy ścianie stała toaletka z
lustrem w jasnej, pozłacanej ramie. Pod odbijającą moją zamazaną postać taflą stała
szafeczka otwierana na szerokie drzwiczki
z malutkimi klamkami. Wodzona przeczuciem… i chyba czymś jeszcze,
nacisnęłam na obydwie klamki. W środku, na haczykach wbitych w drewno wisiały
długie naszyjniki z kryształami, tymi samymi co na warsztacie. Te kryształy
były jednak jaśniejsze, świeciły kolorowo nasyconymi barwami, jakby miały
wybuchnąć od środka, powstrzymywane tylko przez metalowe, srebrne okucia. Naszyjniki
ułożone były raczej chronologicznie, tak jak je tworzono, bo od lewej do prawej
były coraz to bardziej zakurzone, zniszczone. Chociaż okucia… Przyjrzałam się
dokładniej. Metal wydawał się nie stykać z kryształami, był różnego koloru i na
różnych okazach biżuterii, w różnym stadium korozji. Ten pierwszy, a więc niby najnowszy,
był najbardziej zniszczony. Mienił się na pomarańczowo i czarno, a kiedy
zbliżyłam do niego dłoń zadrżał i mocniej zajaśniał. Tak mi się przynajmniej
wydawało…
Dotknęłam go
zauroczona i moje ciało przeszyło nagły dreszcz, a w oczach pociemniało.
Zachwiałam się, bo przez moment w krysztale zobaczyłam zawirowanie niesamowitej
energii i świadomość chcącą się uwolnić. I dosłownie w tym samym momencie na
obrzeżu pola widzenia dostrzegłam ruch, w głowie zadzwonił mi dzwoneczek
ostrzegawczy, a toaletka zatrzęsła się i drzwiczki zaskrzypiały i zatrzasnęły
prawie raniąc mi dłoń. Odskoczyłam padając na ziemię z głuchym tąpnięciem,
zaplątując sobie ramię w pasek od otwartej torby gdzie wylądowała moja dłoń.
Nic. To
właśnie znowu czułam wokół siebie kiedy gotowa do ataku leżałam na brudnych
deskach. Pomieszczenie zamarło w cichym, bezsensownym rozkładzie. Znowu
wydawało się opustoszałe, zamieszkałe tylko przez larwy i czerwie. Poczekałam
jeszcze chwilę, trwając w takim samym bezruchu jak wszystko naokoło, ale
właściciel przybytku się nie ukazał. Wołać go? Może teraz lepiej nie. Jeśli nie
wystawia się jeszcze do walki, to jest okazja, żeby zobaczyć co jest na zachodniej
części składziku. Swoją drogą całkiem duża ta rudera, chociaż z zewnątrz się
nie wydaje.
Mijam zimny
kominek, w stronę drzew patrząc tylko kątem oka, bo te zajmujące środek
pomieszczenia rośliny coraz bardziej mnie przerażają, a odruchowo zasłaniając
sobie usta dłonią im bliżej u źródła przeraźliwego smrodu jestem. Na prawej
stronie znajdują się tylko dwie rzeczy. Wielki kocioł na palenisku i duży stół.
Na ziemi wokół kociołka leżą słoiczki, garnuszki, kubki i flakoniki, i pewnie w
każdym z nich są przyprawy. Obchodzę go dookoła i dzięki temu zauważam, że za
nim leży jeszcze jakieś wielkie, białe urządzenie. Zakrywam nos koszulką i
zbliżam, żeby się przyjrzeć. W kotle bulgocze potrawka, z kawałkami ochydłego,
zgnitego mięsa, więc nie przyglądam jej się zbyt długo. Za to urządzenie jest
kamiennym moździerzem, pokrytym białym pyłem, jakby zmieloną kredą. Obok leży
jeszcze skrzynia, ale nie chcę jej dotykać żeby nie zostawić śladów, bo na niej
też osiadła warstewka bieli.
Odwracam się
w stronę stołu. Grube rzeźbione nogi wystają spod czarnego materiału, którym
przykryty jest cały mebel. Drewniane nogi i… zlewająca się z nich na ziemię…
zlewająca się ze stołu… krew? Zdejmuję dłoń z twarzy i pociągam nosem.
Powstrzymuję się żeby nie zwymiotować, ale w tym smrodzie, pomiędzy zapachem
zgnilizny i zbutwiałego drewna, bardzo dokładnie wyczuwam jeszcze świeżą krew.
Dookoła mnie, z różnych kierunków dochodzą takie bodźce, ale najsilniejszy jest
właśnie ze stołu. Waham się chwilę, pomstując na czym świat stoi i klnąc, że to
na mnie padło być zbyt ciekawską, a potem sięgam do czarnego, haftowanego w
delikatne wzory materiału i ściągam go ze stołu. Przez chwilę nie wiem czy
widzę prawdę czy to tylko podsunięte przez umysł wyobrażenie, ale potem obraz
wyostrza się i już jestem pewna.
Krew cieknie
wolno z kawałków ciała. Poszatkowanych. Drobne części ułożone w stosiki, a
większe poukładane w rzędach według wielkości. Na brzeg odseparowane kości. Na
środku dwie misy. Jedna miedziana, wypolerowana i błyszcząca, a w środku
wnętrzności. Płuca, wątroby, języki, dwa serca. Druga z jakiejś stali,
chromowana i posiadająca w sobie palce, uszy... A wszystko to takie małe.
Takie… małe.
Mimowolnie
zaczynam się cofać.
Dlaczego to
jest takie małe?
Tyłem mijam
gotującą się zupę, rozwalam pojemniczki, pod stopami chrzęści szkło.
Dłonie
jak… jak dziecka.
Oczy
rozszerzają mi się, bo zaczynam zbierać myśli w całość.
W
kącikach oczu pojawiają się słone łzy, a na duszy ciąży rozwiązanie.
Zatrzymuję
się, odwracam do kominka. Ogień trawi niemiłosiernie, jak powolny, ale pewny
kat. Upadam na kolana pod ciężarem własnych myśli. Zamroczona wyciągam rękę,
wkładam ją w żar, w popiół, w resztki pozostałe po tych biednych dzieciach. Po
dzieciach, które zamordowano… Szukam zaprzeczenia, jakiegoś kontrargumentu,
czegokolwiek. Nic już nie rozpoznaję. Moja skóra piecze i wreszcie dociera do
mnie ból. Otrzeźwia mnie. Wyciągam sparzoną dłoń z ognia i przez chwilę patrzę
na ranę. Boli...
…a potem
przestaje boleć.
Ciało zmienia
się, mięśnie napinają, skóra pokrywa czarną łuską.
….
Cdn.
1 komentarz:
Bardzo podoba mi się klimat tego składziku. Aż chciałoby się samemu go przebadać.
Prześlij komentarz