Dotykam klawiatury, patrzę ślepo
na dłonie i nie widzę przyszłości. Nie wiem co dalej. Zatrzymałam się w martwym
punkcie, myślach które nie chcą odejść i przed murem nie do przeskoczenia, a
którego nie potrafię obejść.
Patrząc na
ślady, które pozostawiam, widzę strasznie poplątaną ścieżkę złych wydarzeń. Nie
chcę wracać, bo znowu byłabym blisko tego, co się stało, co zrobiłam. Gangi i
szemrane porachunki, praca najemnego zbira, zabawa w superbohatera,
uwodzicielskie intrygi, walka o rodzinę, zetknięcie z nadnaturalnymi
stworzeniami, sekty, typiarze których zabiłam, typiarze chcący zabić mnie,
uniki, cięcia, wypatroszenia, śmierć- marna fabuła dla mdłego filmu akcji
niskiej klasy… A jednak dość realnie śmierdzi mi to za plecami juchą. Sama
przelałam tą krew, chociaż wydaje się to koszmarnie nierealne.
Tak więc i
koszmary co noc mnie nawiedzają, ale już nawet one przestają być ograniczone swoją
połową z dwóch tuzinów godzin. Sny włażą mi w płuca jak brak tlenu i uciskają
klatkę chcąc powoli zgnieść, ugiąć pod ciężarem ich prawdziwości, bo one są
realne jak cholera! Sprawiając, że nękają mnie mdłości i okropne bóle głowy,
przywołują cierpienie również psychiczne, na nowo wyświetlając nieprzyjemne
obrazy. Pod powiekami zakotwiczyły mi się sceny mordu, krew i pożoga, jakiej
sama jestem twórcą.
Umysł
wypłowiał w odmętach szalonych myśli i mam problem z pozbieraniem się w całość.
Powinnam wziąć się w garść, ale jakoś nie potrafię. Nazbierało się dużo rzeczy,
a kiedy jest się z nimi sam na sam, to wydają się cały czas rosnąć, pęcznieć
jak popcorn, aby w końcu się spalić i zmusić cię do skrzywienia z niesmaku.
Niesmak. Nie wiem co się stało… albo wiem, no bo przecież nie oszukujmy się, to
jest tak widoczne!, ale zmieniłam się. Nie łapię co w mojej osobowości jest
teraz prawdą, nie wiem kim jestem, a kim chcę być. To jest trudne! Stoję przed
wyborem ciążącym na mnie samej i niestety na moim otoczeniu.
Ale ja sama….
och, tak… ale to byłoby szalone… i niemożliwe. W tym momencie czuję, że nawet
stojąc w pustce, gdzie otaczałoby mnie nic, to nawet wtedy na karku czułabym
oddech Czerni, tego potwora, krwiożerczego monstrum. Mnie samej.
Boję się. Nie
chcę aby to mną zawładnęło. Jeśli jestem tym czymś… jeśli teraz to jest ta
prawdziwa ja… Nie chcę nią być. Nie chcę… Ale niech już tak będzie. Niech to
się wreszcie stanie! Dlaczego nic się nie dzieje?! Dlaczego nic… Ależ to byłoby
łatwe… Za łatwo byłoby tak po prostu odejść. Czyżbym była zbyt silna aby uciec?
Za słaba żeby zostać?
Nie. Nie chcę
tak. Martwy punkt nie jest dla mnie. Słyszysz?! Albo wreszcie mnie pożresz…
albo chodź ze mną. Bądź ze mną. Słyszysz! Jesteś mną, rozumiesz? Teraz jesteśmy
razem. Tylko ja. Jestem sobą, nikt mi tego nie odbierze, a sama z siebie tego
nie zedrę.
I co teraz?
No cóż… Potwór nie ma ludzkiej moralności.
Nie zmyję
krwi z dłoni. Pogodziłam się ze sobą, to muszę też pogodzić się z przeszłością.
Nie chcę więcej ginąć, więc zamierzam żyć.
Jak żyć?
Hmmm… to się jeszcze zobaczy. Na razie muszę wyjść na prostą, poukładać
dotychczasowe sprawy, a potem…
Potem odnaleźć
sobie cel.
1 komentarz:
Czytam jeszcze raz i jeszcze raz...
Prześlij komentarz