Filiżanki zmieniały się za każdym razem na inne,
tak jakby pochodziły z magicznej szuflady gdzie rozmnażają się przez
pączkowanie. Pączki, ale już te prawdziwe, z lukrem i nadzieniem malinowym leżały
na tacce przyniesionej przed chwilą do gabinetu.
Orzeźwiający zapach trawy
cytrynowej i zielonej herbaty próbował bezskutecznie wyprzeć z pokoju odór
potu, stęchlizny i alkoholu. Za każdym razem było coraz gorzej. Najpierw
udawał, że niczego nie czuje, potem dawał dyskretne znaki, ale teraz nie mógł
już wytrzymać.
-Mogłaś najpierw się… odświeżyć- ostentacyjnie
zatkał nos..- Nie powiedział Ci?
-Powiedział – wzruszyła ramionami.
-To dlaczego jesteś tu taka, hm… śmierdząca?- skrzywił się wskazując na całą jej aparycję.
Czarny Piotruś wyposażył ją tylko w jedną dodatkową
koszulkę, bieliznę i parę skarpet, a tak, na cały tydzień posiadała tylko to,
co nosiła na sobie. Ponadto, o czym Hanselhoff już pewnie nie wiedział, nie
dostała żadnego prowiantu ani pieniędzy, więc musiała poradzić sobie z
prywatnymi zaskórniakami i kombinować o żarcie. Finalnie przetrwała chyba tylko
dzięki skrzynce coca-coli. Była głodna.
-Mam towar, chciałam się go po prostu pozbyć –
odruchowo przeczesała dłonią zmierzwione włosy.
-Ach, rozumiem. Podoba ci się takie zachowanie
dzikiej kotki wnoszącej małe trupki myszek na ganek, mam rację?- wypowiadał to
zdanie powoli, pilnując żeby delikatnie nalewać im herbaty do filiżanek.
-… może.- westchnęła czując jak bardzo uwaga
mężczyzny mogłaby być trafna.
W skórzanym fotelu prawdopodobnie siada tylko ona.
Czarny Piotruś zawsze stoi daleko w drzwiach, ewentualnie sięgając po
przekazywane mu dokumenty, a inni goście przyjmowani są raczej w saloniku
piętro niżej. Nóżki antycznego mebla są lekko wytarte od pocierania o nie
buciorami, kiedy dziewczyna usilnie stara się zachować stoicki spokój, a gdzieś
na prawej części siedziska widnieje płytka rysa, którą niedawno przez przypadek
zrobiła źle zabezpieczonym w kaburze pistoletem.
Doktor Andrjej Hanselhoff i jego dziwne rytuały,
niegdyś były dla niej tylko złem koniecznym, które musiała ścierpieć żeby
przetrwać, a teraz zaczynają być rutyną. Widują się całkiem często, bo są,
powiedzmy, wspólnikami. Gdyby zapytać ich z osobna, jak opisaliby tą relację
między nimi, to zapewne nie umieliby odpowiedzieć. Jak wyglądało to dla
publiczności? Oficjalnie Julia Hanselhoff jest chrześnicą i taką perełką u boku
doktora, bo właśnie taką umowę zawarli już jakiś czas temu. Oznaczało to, że
Andrjej często słyszał jak zwraca się do niego per: „wujku” i nic nie mógł z
tym zrobić, co więcej od niedawna tylko taka rodzina jej pozostała, więc
łaskawie się na to godził. Nie był jeszcze gotów przyznać się, że po prostu
polubił to dziewuszysko.
Młoda najemniczka dostawała od swojego wuja zadania
przeróżne. Począwszy od „przekaż to temu i temu”, po bardziej wyrafinowane,
skomplikowane czy brudzące. Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle – jak to
mówią. Jej zapłatą były przywileje jakie posiadała wraz z przybranym
nazwiskiem, trofea i zgarnięte podczas misji badziewia, oraz dość
niestandardowa wypłata.
-Jak się bawiłaś? – posłodził jej napój i nałożył
pączka na talerzyk.
-Bajecznie – odebrała przekąskę czując napływ śliny
w ustach- Dziękuję.
-Potrzebny jest mi twój raport, czy wszystko poszło
zgodnie z planem?
Herbata przyjemnie rozgrzewała, zalewając
podniebienie fantastycznymi odczuciami smakowymi.
-Hmm… było dobrze, ale… pytasz też o bandę
Churchulla? – sięgnęła po drugiego pączka bo pierwszy już się jej skończył.
-Tylko nie mów że znowu wysłałaś kogoś na
rehabilitację… Nie? No dobrze, a więc masz moje pełne zainteresowanie,
opowiadaj – zachęcił ją.
Powiedziała szybko jak minął jej ostatni tydzień, a
Hanselhoff, pomimo uśmiechu, nie mógł darować sobie uwag o jej nieostrożności i
pochopności, co, w gruncie rzeczy dodawało całej historyjce nawet większej
komiczności. Dziewczyna też zdołała się uśmiechnąć.
-No, to pokaż wreszcie co mi przyniosłaś! Chcę ją
zobaczyć – Doktor Andrej odsunął papiery na bok i zawołał na Piotrusia, żeby
przyniósł mu folię ochronną i zabezpieczył cały mebel.
Zanurkowała do torby. Foliowa torebka leżała na samym
wierzchu, owinięta dodatkowo w t-shirt, żeby czasami nie pękła. Dziewczyna
położyła ją delikatnie na biurku, czując jak jest twarda i miękka zarazem, w
środku przelewała się jeszcze nie stwardniała krew. Niestety nie miała skąd
wytrzasnąć lodu, więc rąsia już na pewno nikomu się na nic nie przyda, a pewnie
już zaczęła się rozkładać.
-No już, już, otwieraj…- ponaglał Hanselhoff.
Wytrząsnęła zawartość torebki na biurko. Utaplana w
brunatnej cieczy, kończyna wyglądała niesmacznie, trochę cuchnęła i ogólnie nie
był to miły widok.
-Bleagh…- dziewczyna skrzywiła się i odwróciła
wzrok.
Ciachanie, dźganie, łamanie i miażdżenie było do
niesienia na misji, bo wtedy mdłości hamowała adrenalina, a widok krwi, ran,
czy ciał nie robił na niej większego wrażenia. Teraz to co innego. Nie podniecało
jej oglądanie odciętych dłoni, a wręcz obrzydzało i to, że Hanselhoff miał
upodobanie w takich rozrywkach utwierdzało ją w przekonaniu, że mężczyzna był
swego rodzaju porypanym psychopatą. Znęcanie się nad słabszymi to wielka ujma
na honorze silnego, ale jak nazwać jaranie się świadectwem ich bólu?
-Oooo… hm… czyżbyś przyniosła i nawet coś więcej…?
– mruczał.
Zerknęła na lśniące z ekscytacji oczy mężczyzny i
zmusiła się do spojrzenia na to w czym grzebał.
-Kurcze,- przełknęła ślinę – przeoczyłam…
-Pióro wieczne, jak mniemam. Armani jest
leworęczny?
-Był – poprawiła go.- Ech, przepraszam, Wujaszku.
Nie złościsz się bardzo, prawda?
Wzdrygnął się i spojrzał na nią uważnie obracając
zakończone ostrą, złotą stalówką narzędzie piśmiennicze.
-Nie, nie jestem. Spisałaś się dobrze, – uśmiechnął
się.
-Co teraz z tym zrobisz?
-Jeszcze nie wiem. Najlepiej byłby je oddać,
chociaż, tak jak powiedziałaś, jemu się już chyba nie przyda.
-No tak… ja swoim też już nie mogę pisać. -
skomentowała cicho, a potem szybko dodała – Czy to wszystko? Mogę już iść?
-Oczywiście, już kończymy.
Zawinął wszystko folią ochronną, okręcił dwa razy,
żeby się nie rozsupłała i włożył całość do przygotowanego wcześniej pudełka. Zawołany
kamerdyner przyszedł, żeby odebrać paczkę i podłożył Doktorowi kosz, gdzie ten
wyrzucił zużyte lateksowe rękawiczki, i podsunął mu żel antybakteryjny.
Kiedy Piotruś wyszedł, w pokoju zrobiło się jakby
mniej duszno, a przynajmniej dziewczyna tak to odbierała, bo uczucie rychłych
problemów żołądkowych minęło. Teraz natomiast, powoli ale coraz bardziej,
doskwierać zaczynało jej zmęczenie. Chciała jak najszybciej wrócić na kwaterę,
żeby się umyć i zjeść coś porządnego.
-Nie dostaniesz dzisiaj kieszonkowego – powiedział
z powagą.
Patrzyła na niego pytająco. Krótka siwa broda,
chude palce, ani nawet szarawe oczy, nie zdradzały odpowiedzi.
-Postanowiłem przenieść cię do bardziej luksusowego
miejsca zamieszkania. Nie wydaje mi się, żeby życie w dotychczasowej klitce ci
się podobało, co więcej mi się ono nie podoba… ze względów logistycznych, tak
to nazwijmy.
-Przenosisz mnie? – ukrywała radość. – Gdzie?
-Nie daleko, nie martw się – teraz się uśmiechnął i
podał jej wyciągnięte z szafki klucze. – Od twojego kieszonkowego będę nadal
odliczać powinność za rachunki, ale już nie za czynsz, bo apartament jest w
pełni wykupiony. Jeśli masz jakieś pytania, to zwróć się do Piotrusia i wyjdź
na tyły, bo Łysy czeka, żeby zawieźć cię na miejsce. No, odmaszerować.
-Dziękuję – powiedziała wstając, a wychodząc
nadzwyczaj miło się pożegnała.- Do widzenia, Wujaszku.
-Miłego dnia, Gwiazdko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz