Dodatki na bloga

11/14/2017

41 Chory Doktor



Filiżanki zmieniały się za każdym razem na inne, tak jakby pochodziły z magicznej szuflady gdzie rozmnażają się przez pączkowanie. Pączki, ale już te prawdziwe, z lukrem i nadzieniem malinowym leżały na tacce przyniesionej przed chwilą do gabinetu.
Orzeźwiający zapach trawy cytrynowej i zielonej herbaty próbował bezskutecznie wyprzeć z pokoju odór potu, stęchlizny i alkoholu. Za każdym razem było coraz gorzej. Najpierw udawał, że niczego nie czuje, potem dawał dyskretne znaki, ale teraz nie mógł już wytrzymać.
-Mogłaś najpierw się… odświeżyć- ostentacyjnie zatkał nos..- Nie powiedział Ci?
-Powiedział – wzruszyła ramionami.
-To dlaczego jesteś tu taka, hm… śmierdząca?-  skrzywił się wskazując na całą jej aparycję.
Czarny Piotruś wyposażył ją tylko w jedną dodatkową koszulkę, bieliznę i parę skarpet, a tak, na cały tydzień posiadała tylko to, co nosiła na sobie. Ponadto, o czym Hanselhoff już pewnie nie wiedział, nie dostała żadnego prowiantu ani pieniędzy, więc musiała poradzić sobie z prywatnymi zaskórniakami i kombinować o żarcie. Finalnie przetrwała chyba tylko dzięki skrzynce coca-coli. Była głodna.
-Mam towar, chciałam się go po prostu pozbyć – odruchowo przeczesała dłonią zmierzwione włosy.
-Ach, rozumiem. Podoba ci się takie zachowanie dzikiej kotki wnoszącej małe trupki myszek na ganek, mam rację?- wypowiadał to zdanie powoli, pilnując żeby delikatnie nalewać im herbaty do filiżanek.
-… może.- westchnęła czując jak bardzo uwaga mężczyzny mogłaby być trafna.
W skórzanym fotelu prawdopodobnie siada tylko ona. Czarny Piotruś zawsze stoi daleko w drzwiach, ewentualnie sięgając po przekazywane mu dokumenty, a inni goście przyjmowani są raczej w saloniku piętro niżej. Nóżki antycznego mebla są lekko wytarte od pocierania o nie buciorami, kiedy dziewczyna usilnie stara się zachować stoicki spokój, a gdzieś na prawej części siedziska widnieje płytka rysa, którą niedawno przez przypadek zrobiła źle zabezpieczonym w kaburze pistoletem.
Doktor Andrjej Hanselhoff i jego dziwne rytuały, niegdyś były dla niej tylko złem koniecznym, które musiała ścierpieć żeby przetrwać, a teraz zaczynają być rutyną. Widują się całkiem często, bo są, powiedzmy, wspólnikami. Gdyby zapytać ich z osobna, jak opisaliby tą relację między nimi, to zapewne nie umieliby odpowiedzieć. Jak wyglądało to dla publiczności? Oficjalnie Julia Hanselhoff jest chrześnicą i taką perełką u boku doktora, bo właśnie taką umowę zawarli już jakiś czas temu. Oznaczało to, że Andrjej często słyszał jak zwraca się do niego per: „wujku” i nic nie mógł z tym zrobić, co więcej od niedawna tylko taka rodzina jej pozostała, więc łaskawie się na to godził. Nie był jeszcze gotów przyznać się, że po prostu polubił to dziewuszysko.
Młoda najemniczka dostawała od swojego wuja zadania przeróżne. Począwszy od „przekaż to temu i temu”, po bardziej wyrafinowane, skomplikowane czy brudzące. Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle – jak to mówią. Jej zapłatą były przywileje jakie posiadała wraz z przybranym nazwiskiem, trofea i zgarnięte podczas misji badziewia, oraz dość niestandardowa wypłata.
-Jak się bawiłaś? – posłodził jej napój i nałożył pączka na talerzyk.
-Bajecznie – odebrała przekąskę czując napływ śliny w ustach- Dziękuję.
-Potrzebny jest mi twój raport, czy wszystko poszło zgodnie z planem?
Herbata przyjemnie rozgrzewała, zalewając podniebienie fantastycznymi odczuciami smakowymi.
-Hmm… było dobrze, ale… pytasz też o bandę Churchulla? – sięgnęła po drugiego pączka bo pierwszy już się jej skończył.
-Tylko nie mów że znowu wysłałaś kogoś na rehabilitację… Nie? No dobrze, a więc masz moje pełne zainteresowanie, opowiadaj – zachęcił ją.
Powiedziała szybko jak minął jej ostatni tydzień, a Hanselhoff, pomimo uśmiechu, nie mógł darować sobie uwag o jej nieostrożności i pochopności, co, w gruncie rzeczy dodawało całej historyjce nawet większej komiczności. Dziewczyna też zdołała się uśmiechnąć.

-No, to pokaż wreszcie co mi przyniosłaś! Chcę ją zobaczyć – Doktor Andrej odsunął papiery na bok i zawołał na Piotrusia, żeby przyniósł mu folię ochronną i zabezpieczył cały mebel.
Zanurkowała do torby. Foliowa torebka leżała na samym wierzchu, owinięta dodatkowo w t-shirt, żeby czasami nie pękła. Dziewczyna położyła ją delikatnie na biurku, czując jak jest twarda i miękka zarazem, w środku przelewała się jeszcze nie stwardniała krew. Niestety nie miała skąd wytrzasnąć lodu, więc rąsia już na pewno nikomu się na nic nie przyda, a pewnie już zaczęła się rozkładać.
-No już, już, otwieraj…- ponaglał Hanselhoff.
Wytrząsnęła zawartość torebki na biurko. Utaplana w brunatnej cieczy, kończyna wyglądała niesmacznie, trochę cuchnęła i ogólnie nie był to miły widok.
-Bleagh…- dziewczyna skrzywiła się i odwróciła wzrok.
Ciachanie, dźganie, łamanie i miażdżenie było do niesienia na misji, bo wtedy mdłości hamowała adrenalina, a widok krwi, ran, czy ciał nie robił na niej większego wrażenia. Teraz to co innego. Nie podniecało jej oglądanie odciętych dłoni, a wręcz obrzydzało i to, że Hanselhoff miał upodobanie w takich rozrywkach utwierdzało ją w przekonaniu, że mężczyzna był swego rodzaju porypanym psychopatą. Znęcanie się nad słabszymi to wielka ujma na honorze silnego, ale jak nazwać jaranie się świadectwem ich bólu?
-Oooo… hm… czyżbyś przyniosła i nawet coś więcej…? – mruczał.
Zerknęła na lśniące z ekscytacji oczy mężczyzny i zmusiła się do spojrzenia na to w czym grzebał.
-Kurcze,- przełknęła ślinę – przeoczyłam…
-Pióro wieczne, jak mniemam. Armani jest leworęczny?
-Był – poprawiła go.- Ech, przepraszam, Wujaszku. Nie złościsz się bardzo, prawda?
Wzdrygnął się i spojrzał na nią uważnie obracając zakończone ostrą, złotą stalówką narzędzie piśmiennicze.
-Nie, nie jestem. Spisałaś się dobrze, – uśmiechnął się.
-Co teraz z tym zrobisz?
-Jeszcze nie wiem. Najlepiej byłby je oddać, chociaż, tak jak powiedziałaś, jemu się już chyba nie przyda.
-No tak… ja swoim też już nie mogę pisać. - skomentowała cicho, a potem szybko dodała – Czy to wszystko? Mogę już iść?
-Oczywiście, już kończymy.
Zawinął wszystko folią ochronną, okręcił dwa razy, żeby się nie rozsupłała i włożył całość do przygotowanego wcześniej pudełka. Zawołany kamerdyner przyszedł, żeby odebrać paczkę i podłożył Doktorowi kosz, gdzie ten wyrzucił zużyte lateksowe rękawiczki, i podsunął mu żel antybakteryjny.
Kiedy Piotruś wyszedł, w pokoju zrobiło się jakby mniej duszno, a przynajmniej dziewczyna tak to odbierała, bo uczucie rychłych problemów żołądkowych minęło. Teraz natomiast, powoli ale coraz bardziej, doskwierać zaczynało jej zmęczenie. Chciała jak najszybciej wrócić na kwaterę, żeby się umyć i zjeść coś porządnego.
-Nie dostaniesz dzisiaj kieszonkowego – powiedział z powagą.
Patrzyła na niego pytająco. Krótka siwa broda, chude palce, ani nawet szarawe oczy, nie zdradzały odpowiedzi.
-Postanowiłem przenieść cię do bardziej luksusowego miejsca zamieszkania. Nie wydaje mi się, żeby życie w dotychczasowej klitce ci się podobało, co więcej mi się ono nie podoba… ze względów logistycznych, tak to nazwijmy.
-Przenosisz mnie? – ukrywała radość. – Gdzie?
-Nie daleko, nie martw się – teraz się uśmiechnął i podał jej wyciągnięte z szafki klucze. – Od twojego kieszonkowego będę nadal odliczać powinność za rachunki, ale już nie za czynsz, bo apartament jest w pełni wykupiony. Jeśli masz jakieś pytania, to zwróć się do Piotrusia i wyjdź na tyły, bo Łysy czeka, żeby zawieźć cię na miejsce. No, odmaszerować.
-Dziękuję – powiedziała wstając, a wychodząc nadzwyczaj miło się pożegnała.- Do widzenia, Wujaszku.
-Miłego dnia, Gwiazdko.

Brak komentarzy: