Końcówka października, rok 2017.
Złota jesień
siąpiąc deszczem zalewa chodniki, ale poranne mgły są nadal lepsze od zimowych
smogów osiadłych na biednych miastowych. Przeskoczyła przez chwiejący się płot
i weszła między drzewa. Za plecami ogień, pożarłwszy piwnicę kurzej fermy, w
której już dawno nie było słychać innego gdakania, niż ciche łkanie katowanych
ludzi, oplata i dewastuje kompleks położonych na skraju Łodzi budynków.
Właściciel i pracownicy byli względnie cali, a przynajmniej ona ich takich
zostawiła… czy uciekną przed ogniem, to już ich problem.
Szybki trucht
zamieniła na marsz, żeby nie musieć się zatrzymywać. Wolała oporządzić się w
ruchu i jak najprędzej stamtąd zniknąć. Suche gałęzie niezdrowo wyglądającego
lasu, były w tym momencie kojące, bo konieczność skupiania się na nich
odpędzała od niej nieprzyjemne w tej chwili myśli. Trzaskające pod stopami
konary i patyczki, szumiące listowie i trawy, sporadyczny trzepot skrzydeł
jakiegoś ptactwa, dawały wrażenie osłony od niedalekich wrzasków i skwierku
palonych hali.
Odpięła zatrzaski
szarego płaszcza, rozpięła go całkowicie czując przyjemny chłód owiewający
rozgrzane ciało. Przełożyła plecak przez ramię i poczuła jak jest lepki i
mokry. Przez chwilę sama się zastanowiła od czego to, a potem przypomniała
sobie jak placnęła na ziemię wprost w wielgachną kałużę krwi i dlaczego ma całe
plecy uwalone w karmazynowej cieczy. Wzruszyła ramionami, przypominając też
sobie jak blisko śmierci wtedy była. Wielgachna, parotonowa blacha lecąca
wprost na nią, jak Zeusowa błyskawica, minęła jej nogi o centymetry i przebijając
nieświadomego zagrożenia mężczyznę obok, wbiła się w beton.
Sięgnęła w głąb
plecaka i z chaosu papierzysk wygrzebała butelkę coca-coli. Zanim znalazła
otwieracz doszła już do szosy, a tutaj szybciutko wskoczyła do samochodu, który
po nią podjechał. Biały Volkswagen, golf, był w środku czyściutki i kierowca,
aż jęknął z rozpaczy, kiedy usadowiła się na przednim siedzeniu, a nie na
tylnim, tam gdzie zabezpieczył wszystko kocami.
-Kurrr…. No cholera…
nie mogłaś?! Ja pierdole…
-Nie przeklinaj –
poprawiła go i wreszcie odkapslowała colę.
-A ty zapnij pasy
– warknął na nią i ruszyli.
Zrobiłaby to
nawet gdyby jej nie kazał, znała jego zasady. Westchnęła i wreszcie przyłożyła
butelkę do ust. Niestety nie swoich, bo zapomniała wcześniej zdjąć maskę.
Odpięła ją i położyła sobie na kolanach. Japoński demon uśmiechał się do niej
złowieszczo. Czyżby to dokładnie rok temu, też miała właśnie tą na akcji? Taak…
Nie pamiętała jakie zlecenie dokładnie dostała, ale też było nieprzyjemne, jak
zawsze z resztą. Chociaż… ten dzień kojarzy jej się raczej miło, bo to wtedy
Hanselhoff dał jej nowe mieszkanie, nie prześmierdłe benzyną i zgnilizną.
Schowała demona do plecaka.
-Cuchniesz
grillem – kierowca skomentował rzucając na nią okiem.
-Jestem głodna,
masz coś dla mnie czy znowu zapomniałeś? – spytała jakby nie słysząc jego
uwagi.
-Na tym zadupiu
nie ma nocnego, zatrzymam Ci się po żarcie na stacji.
-Spoko.
Jechali
spokojnie, blondyna z automapy obwieściła, że wjeżdżają na A1-dynkę, włączyli
się do strumienia samochodów. Ruch w środku nocy jest ponoć mały, ale po
skończonej akcji, każdy człowiek to tłum. Kiedy zatrzymali się na stacji, Łysy zlitował
się nad nią i sam skoczył po jedzenie, z resztą on też wolał, żeby nikt jej nie
oglądał w takim stanie.
Mięśnie zaczęły się rozluźniać, adrenalina się
wyczerpała, a płomień energii przygasł. Dziewczynę dopadło koszmarne zmęczenie
i ból całego ciała.
-Dzięki – wgryzła
się w parującego hot doga.
-W pudełku są
jeszcze dwa twoje, jak nie chcesz to zostaw, też jestem głodny.
-Uuu, mniam…
dobrze, że nie wziąłeś z, mlask… musztardą. Sos tysiąca wysp jest nawet smaczny…
-No… – dopił
energetyka i zgniecioną puszkę wrzucił do reklamówki.
Najemnik zawsze
dbał o swoje samochody. Nie ważne jakimi jeździł, starym fiatem, podrasowaną
be-emką, czy zawsze nieufnie postrzeganym przez przechodniów dostawczakiem.
Nawet trochę mu współczuła czyszczenia fotela z zaschłej juchy, ale no cóż, nie
będzie go przecież przepraszać. Taką mieli pracę, że nawet auta czasami się
brudziły.
-Gratuluję
czystego head-shota – skinęła mu głową wytarłszy usta chusteczką. – Tego z
kałaszem też ładnie zdjąłeś.
-Zauważyłaś –
uśmiechnął się krzywo.
-Spadł mi
praktycznie pod nogi…
Ziewnęła. Z
napełnionym żołądkiem i rozłożona w fotelu, kiedy gdzieś odlegle z wolna migały
światła innych pojazdów, odczuła senność bardzo szybko. Przyszła, przyczajona
wraz ze zmęczeniem, żeby skonsumować wszystkie obrazy jej minionej doby, niektóre
wyrzucić, zatuszować czernią…
… a inne zapisać jaskrawe w umyśle.
Na wieczność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz