Dodatki na bloga

11/21/2017

42 Grillowany beton



Końcówka października, rok 2017.

                Złota jesień siąpiąc deszczem zalewa chodniki, ale poranne mgły są nadal lepsze od zimowych smogów osiadłych na biednych miastowych. Przeskoczyła przez chwiejący się płot i weszła między drzewa. Za plecami ogień, pożarłwszy piwnicę kurzej fermy, w której już dawno nie było słychać innego gdakania, niż ciche łkanie katowanych ludzi, oplata i dewastuje kompleks położonych na skraju Łodzi budynków.
Właściciel i pracownicy byli względnie cali, a przynajmniej ona ich takich zostawiła… czy uciekną przed ogniem, to już ich problem.
                Szybki trucht zamieniła na marsz, żeby nie musieć się zatrzymywać. Wolała oporządzić się w ruchu i jak najprędzej stamtąd zniknąć. Suche gałęzie niezdrowo wyglądającego lasu, były w tym momencie kojące, bo konieczność skupiania się na nich odpędzała od niej nieprzyjemne w tej chwili myśli. Trzaskające pod stopami konary i patyczki, szumiące listowie i trawy, sporadyczny trzepot skrzydeł jakiegoś ptactwa, dawały wrażenie osłony od niedalekich wrzasków i skwierku palonych hali.
                Odpięła zatrzaski szarego płaszcza, rozpięła go całkowicie czując przyjemny chłód owiewający rozgrzane ciało. Przełożyła plecak przez ramię i poczuła jak jest lepki i mokry. Przez chwilę sama się zastanowiła od czego to, a potem przypomniała sobie jak placnęła na ziemię wprost w wielgachną kałużę krwi i dlaczego ma całe plecy uwalone w karmazynowej cieczy. Wzruszyła ramionami, przypominając też sobie jak blisko śmierci wtedy była. Wielgachna, parotonowa blacha lecąca wprost na nią, jak Zeusowa błyskawica, minęła jej nogi o centymetry i przebijając nieświadomego zagrożenia mężczyznę obok, wbiła się w beton.
                Sięgnęła w głąb plecaka i z chaosu papierzysk wygrzebała butelkę coca-coli. Zanim znalazła otwieracz doszła już do szosy, a tutaj szybciutko wskoczyła do samochodu, który po nią podjechał. Biały Volkswagen, golf, był w środku czyściutki i kierowca, aż jęknął z rozpaczy, kiedy usadowiła się na przednim siedzeniu, a nie na tylnim, tam gdzie zabezpieczył wszystko kocami.
                -Kurrr…. No cholera… nie mogłaś?! Ja pierdole…
                -Nie przeklinaj – poprawiła go i wreszcie odkapslowała colę.
                -A ty zapnij pasy – warknął na nią i ruszyli.
                Zrobiłaby to nawet gdyby jej nie kazał, znała jego zasady. Westchnęła i wreszcie przyłożyła butelkę do ust. Niestety nie swoich, bo zapomniała wcześniej zdjąć maskę. Odpięła ją i położyła sobie na kolanach. Japoński demon uśmiechał się do niej złowieszczo. Czyżby to dokładnie rok temu, też miała właśnie tą na akcji? Taak… Nie pamiętała jakie zlecenie dokładnie dostała, ale też było nieprzyjemne, jak zawsze z resztą. Chociaż… ten dzień kojarzy jej się raczej miło, bo to wtedy Hanselhoff dał jej nowe mieszkanie, nie prześmierdłe benzyną i zgnilizną.
Schowała demona do plecaka.

                -Cuchniesz grillem – kierowca skomentował rzucając na nią okiem.
                -Jestem głodna, masz coś dla mnie czy znowu zapomniałeś? – spytała jakby nie słysząc jego uwagi.
                -Na tym zadupiu nie ma nocnego, zatrzymam Ci się po żarcie na stacji.
                -Spoko.
                Jechali spokojnie, blondyna z automapy obwieściła, że wjeżdżają na A1-dynkę, włączyli się do strumienia samochodów. Ruch w środku nocy jest ponoć mały, ale po skończonej akcji, każdy człowiek to tłum. Kiedy zatrzymali się na stacji, Łysy zlitował się nad nią i sam skoczył po jedzenie, z resztą on też wolał, żeby nikt jej nie oglądał w takim stanie.
Mięśnie zaczęły się rozluźniać, adrenalina się wyczerpała, a płomień energii przygasł. Dziewczynę dopadło koszmarne zmęczenie i ból całego ciała.

                -Dzięki – wgryzła się w parującego hot doga.
                -W pudełku są jeszcze dwa twoje, jak nie chcesz to zostaw, też jestem głodny.
                -Uuu, mniam… dobrze, że nie wziąłeś z, mlask… musztardą. Sos tysiąca wysp jest nawet smaczny…
                -No… – dopił energetyka i zgniecioną puszkę wrzucił do reklamówki.
                Najemnik zawsze dbał o swoje samochody. Nie ważne jakimi jeździł, starym fiatem, podrasowaną be-emką, czy zawsze nieufnie postrzeganym przez przechodniów dostawczakiem. Nawet trochę mu współczuła czyszczenia fotela z zaschłej juchy, ale no cóż, nie będzie go przecież przepraszać. Taką mieli pracę, że nawet auta czasami się brudziły.
                -Gratuluję czystego head-shota – skinęła mu głową wytarłszy usta chusteczką. – Tego z kałaszem też ładnie zdjąłeś.
                -Zauważyłaś – uśmiechnął się krzywo.
                -Spadł mi praktycznie pod nogi…
                Ziewnęła. Z napełnionym żołądkiem i rozłożona w fotelu, kiedy gdzieś odlegle z wolna migały światła innych pojazdów, odczuła senność bardzo szybko. Przyszła, przyczajona wraz ze zmęczeniem, żeby skonsumować wszystkie obrazy jej minionej doby, niektóre wyrzucić, zatuszować czernią…
… a inne zapisać jaskrawe w umyśle.

       Na wieczność.

Brak komentarzy: