Osłoniła się dłonią, promienie porannego światła nieprzyjemnie kłuły
ją w oczy. Rozmasowała odcisk na policzku, którym opierała się o szybę. Biały
golf buczał nieprzyjaźnie na podjeździe do bloku. Wygramoliła się z wozu.
-Podrzuć plecak
wujkowi, okej?- przeciągnęła się.
Nie odpowiedział.
Najemnik nigdy nie był szczególnie rozmowny. Po za tym nagle z jakiegoś powodu
zrobił się strasznie zły.
- A płaszcz – zignorowała miny mężczyzny, zdjęła
odzienie i rzuciła na fotel,- Piotrusiowi. Nie chcę go wyrzucać, bo fajny…
-Będziesz mi, kurwa, następnym razem biegła za samochodem-
Łysy zmierzył ją wzrokiem i odjechał, prawdopodobnie znowu obrażony.
-Okej… - odpowiedziała niemrawo i nieprzytomnie
powlokła się wejścia.
Nawet nie zastanawiała się o co mu chodziło.
W mieszkaniu było ciemno, zewnętrzne rolety tłumiły
też dźwięki.
Schyliła się, żeby rozsznurować buty, ale ciężar
ciała przeważył i oklapła na ziemię. Odrzuciła trepy pod szafkę, na stertę
różnych innych pantofli bojowych, podniosła się z jękiem i ruszyła do kuchni.
Po drodze odwiesiła klucze na haczyk, breloczek z nordyckim smokiem
nieprzyjaźnie głośno brzęczał ale był miły w dotyku, delikatnie chropowaty.
Słońce wpadające przez szpary w rolecie odsłaniało przed mrokiem nienaganny
blat, rzędy prawie pustych szafek i półek, wazę na owoce (bez owoców), srebrną
lodówkę i stojące przy parapecie krzesła. Sam parapet był tutaj najczęściej
używany- jadła przy nim śniadania i sporadycznie kolacje, czasami zostawała na
nim niedokończona książka.
Napełniony wodą czajnik wylądował na kuchence, dziubkiem
zwrócony do lodówki, gdzie i ona spojrzała. Otworzyła szafkę z talerzami i
lodówkę jednocześnie, i tak samo zrezygnowana, w jednakowym momencie je
zamknęła. W środku nie było ani nic do jedzenia, ani talerzy. Kliknęła na
migający przycisk zmywarki, cóż za marnotractwo prądu na komplet czterech
talerzy, sztućców i szklanek. Włożyła saszetkę owocowej herbaty do kubka, też
przed chwilą wyjętego ze zmywarki i jeszcze raz zaglądnęła do lodówki. Nadal
nie było tam nic ciekawego. Przypomniawszy sobie o nie zamkniętych drzwiach
wejściowych, westchnęła, wróciła do nich i zaryglowała je na trzy zamki. Specjalnie
nawet nie zerknęła w lustro, nie chciała widzieć tego obrazu nędzy i rozpaczy,
do którego się doprowadziła.
Na chwilę oparła
się prawym ramieniem o framugę, ale w końcu zostawiła wejście do kuchni i
potupała do łazienki obok, wciśniętej też między schody. Dreptała po włochatym
chodniczku i szybko zdejmowała ubrania, zostawiając je na zimnych kafelkach. Po
każdej akcji czuła się zawsze taka wymiętolona, nieprzyjemnie odpychająca. Brud
z niej spływał, ale krew zostawała na rękach. Zawzięcie szorowała więc ciemnokasztanowe
włosy, zaprawioną w udawaniu obojętnej, a jednak delikatną twarz, łabędzią
szyję. Truskawkowy szampon tworzył masę piany, spływającej jej do stóp jak
chmurki. Gwizd powoli stawał się coraz głośniejszy i darowała sobie oblewanie
się lodowatym strumieniem, tylko od razu otuliła się ręcznikiem i wyskoczyła
boso wyłączyć czajnik.
Kafelki w kuchni też były zimne, skulonymi palcami
u stóp starała się więc ich nie dotykać. Oparła się o parapet, rozmieszała
resztkę cukru i wreszcie upiła łyk rozgrzewającego napoju. Ciekawe gdzie
zgubiła ostatnią książkę? Nie ważne, teraz i tak nie miała siły czytać.
Patrzyła na różowawy napój jak na taflę mrocznego jeziora, które wysysało z
niej wszystkie myśli. Opuszkami palców gładziła zakrzywione ucho, bez nadziei na
obudzenie zbłąkanego Dżina. Wreszcie przetarła maślane oczy i zostawiła
lodowatą już herbatę, tylko po to aby wstać i chwiejąc się znowu opaść na
spracowane krzesło. Jęknęła podchodząc do kolejnej próby ruszenia się z
miejsca.
Rozważyła
możliwości. Ostatnio obiecała sobie, że nie będzie się już walać po podłogach,
bo i tak zdarzała jej się odpłynąć, więc zostałaby jej tylko zimna, skórzana
kanapa, której jawnie nie cierpiała. Dreszcz przeszedł jej po plecach. Całe
mieszkanie wydawało się teraz być strasznie zimne. Ciemnica jak grobowiec,
przygotowany specjalnie na jej zmaltretowane zwłoki. Nie, zwłokami jeszcze nie
była, a truchtając po schodach z każdym krokiem zdawała sobie z tego sprawę.
Nie odnalazłszy
piżamy, półprzytomna wsunęła się nago pod kołdrę. Wtuliła się w ulubiony kocyk i po krótkiej
modlitwie zapadła w całkowitą nieświadomość. Nawet nie zdążyło jej się zrobić
ciepło, kiedy już usnęła.
Była koszmarnie
zmęczona.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz