Dodatki na bloga

12/27/2016

25 Duży kot to nie wilk



Lubię koty.
                Ten kot jednak chyba nie chciał żeby go pogłaskać, bo kiedy zeskoczył z daszku i się do nas zbliżył, to usiadł trzy metry ode mnie. Nie spuszczałam z niego wzroku i już nawet nie słuchałam tego co mówił Piotrek tylko starałam się rozgryźć o co temu zwierzęciu (o ile w ogóle nim jest) może chodzić i czym jest. Jego złota grzywa falowała lekko jakby materia wokół była czymś gęstym niczym woda, a nie tylko zwykłym powietrzem. Miał jasne futro, coraz ciemniejsze im dalej od pyska, a prawie czarne na końcu ogona. Oczy koloru nieba wbijał we mnie jak dwa urocze gwoździe przeszywając serce nieprzyjemnym uczuciem.

                -Piotreek… Ty weź mi powiedz, co tam jest?- wskazałam na miejsce gdzie siedział kot.
                -Gdzie?- patrzył za moim palcem.- No, beton jest, a co?
                -Ale co to jest, to na betonie? Widzisz?
                -Eee…? Kamienie?- jednak nie widział.
                -Przyniesiesz mi tak ze dwa kamienie?
                -A po co ci?- patrzy na mnie podejrzliwie.
                -Zobaczysz jak przyniesiesz. No weź, brat…
                -No dobra…
                -Ej, nie! Stój!- zatrzymałam go parę centymetrów od stworzenia- Nie stamtąd. Te spod bramki są lepsze. Idź, idź.
                -Okej...- spojrzał na mnie jak na głupka (czyli jak zwykle) i przeszedł obok niewidocznego dla niego drapieżnika.
                Kot wodził za nim wzrokiem, a kiedy ten usiadł, to ziewnął przeciągle pokazując szereg ogromnych kłów. Jak chciał się też uzębieniem popisać, to trochę mu nie wyszło, bowiem nie zrobiło to na mnie dużego wrażenia. W końcu cztery lata chodziłam w aparacie ortodontycznym, a ostatnio uśmiech też potrafię mieć nie taki znowu niewinny.
                -Ej, masz to. Chcesz czy nie?
                -No chcę… daj- wzięłam od niego garść małych kamyczków.
Wyłuskałam najmniejszy, zważyłam go w dłoni i nie biorąc zamachu rzuciłam w stronę lwa. Kamyczek leciał powoli, jego cień mknął po ziemi gdzieś na granicy pola widzenia. Nie było słychać żadnego dźwięku, aż do momentu kiedy kamyk upadł na ziemię i poturlał się  gdzieś w kępę przebijającej przez szczeliny w betonie trawy. Lew przekrzywił łeb, spojrzał się za siebie, a potem na siebie i na mnie. Nie byłam pewna czy chybiłam, czy…
                -Juliaaa? Ty chciałaś po prostu sobie porzucać, tak? – brat szturchnął mnie w ramię.
                -N-nie… - gapiłam się osłupiała na powstające w ziemi zwierze.
                Kot wstał i powolnym krokiem, łapa za łapą, szedł w moją stronę. Wstrzymałam oddech. Zwierze było centymetry od mojej prawej nogi i prawie stało na bucie Piotrka.
                -Julcia? Co jest?
                -Nic… Nic, nic. Czekaj, zaraz ci coś powiem….- patrzyłam na uniesioną łapę stworzenia.
                Jasne futro zafalowało kiedy kończyna przepłynęła przez nogę mojego brata, tak jakby kot był tylko hologramem. A potem lew położył tą samą łapę na moim kolanie i tym razem poczułam jej niesamowity ciężar.
                -Kuźźźźźźźźźź…. Waaaa……
                -Hę? Julcia, no co jest?
                -Piotrek…- zastanowiłam się chwilę-… tak sobie myślę, że zrobiło się już późno i trzeba wracać do domu.
                -No! I to rozumiem- brat zerwał się z ławki- Zdążymy jeszcze pograć w Call of Duty!
                -No właśnie, bo ja tutaj jeszcze sobie zostanę, co?
                -Po co?
                -Trików chciałam jeszcze paru spróbować, wiesz…
                -Taaa. Pewnie macie się spotkać z Oliwierem, tak?- zaczął się chichrać- I mam nie przeszkadzać? I nie podsłuchiwać jak będziecie…
                -Tak, tak, brat- oderwałam oczy od lwa i rzuciłam Piotrkowi groźne spojrzenie.
                -No dobra, już idę. To ja wezmę torbę.
                -Ochraniacze weź, bo mi już nie będą potrzebne. I butelkę.
                -Okej, okej. Ide - i poszedł, rzucając długi cień i w tej ciszy sprawiając wrażenie takiego kłębka dźwięku.
                To dobrze, że brata jeszcze ześwirowanego nie mam, ale to znaczy że ze mną coś się chyba podziało, że niewidzialne ale jednak widzialne koty widzę. Ten tutaj to ciekawy okaz. Ciekawy na tyle, że nie wiem czy chce mnie zjeść, czy żebym go pogłaskała.
                Zwierze zdejmuje ze mnie łapę i zniża łeb do mojego brzucha. Powstrzymuję w sobie odruch ucieczki i zamiast wiać delikatnie kładę lewą dłoń na jego pysku. Pysk ma większy od ludzkiej głowy, ale to, co czuję pierwsze jest przeciwieństwem ciepła, jakie powinno od niego bić. Moja dłoń jakby zanurza się w niewidzialnej, zimnej materii, tworzącej swego rodzaju pancerz stworzenia. Uważnie głaskam lwa widząc jak futro układa się pod moimi palcami. Grzywa faluje i z bliska widzę różnorodność jej odcieni. Nie mogę uwierzyć, że dotykam czegoś prawdziwego, a jednak czuję przecież czego dotykam.
                Zwierze odsuwa w końcu łeb i cofa się do tyłu.
                -Jesteś prawdziwy, czy zmyślony?- sama tym zdziwiona zadaję to pytanie całkowicie poważnie i na głos.
                Lew nie odpowiada.
                -Czy ja zwariowałam? Jesteś w mojej głowie?
                Dalej cisza.
                -Czego ode mnie chcesz?
                Na te słowa kot odwraca głowę w stronę lasu, majga porządnie ogonem, a potem znowu wbija we mnie wzrok. Nie wiem o co może mu chodzić. Jeśli to stworzenie jest prawdziwe, to znaczy, że nie pokazuje się akurat mnie bez żadnego powodu. Piotrek go nie widział, co oznacza, że pewnie inni ludzie też nie. Ale może on nie jest prawdziwy?
                -Nie wiem o co ci chodzi, Lwie- mówię do niego łagodnie.
                Patrzy na mnie mrużąc oczy, a potem potrząsa łbem, odwraca się i zaczyna iść w stronę lasu. Ufając intuicji podążam za nim. Idziemy prosto przez boisko, mijamy wysokie tuje i schodzimy ze wzgórza na którym stoi szkoła. Niżej jest tylko stara rudera dawnego składziku na miotły i kupka cegieł pod płotem. Dalej rozciąga się las. Kot zatrzymuje się przed budyneczkiem. Składzik jest stary i mocno skrzypi na wietrze, ale nadal się trzyma. Teraz nikt już tam nic nie trzyma, nawet pół złamanego wiadra się tam nie znajdzie, ale kiedyś ponoć była to chatynka szkolnego ogrodnika. Nawet klasa mojej mamy pamięta jeszcze jak sadzili drzewka przy płocie na ocenę z przyrody. Dawniej pewnie dzieciaki trzaskały zamykając zielone drzwi, ale teraz stały one prawie wisząc na zawiasach i wyglądając jakby miały opaść na ziemię niczym zeschły liść.
                Spojrzałam na zwierze i wzruszyłam ramionami.
                -Co dalej?
                Lew potrząsnął łbem, przysiadł na silnych łapach i wyskoczył w górę. Jego ogon musnął mój policzek i znowu poczułam to zimno, którym był okryty. Kot wskoczył na dach składziku, podreptał, poniuchał i znowu zwrócił się ku mnie. W tym momencie przypomniała mi się rada Wielkich Wilków w Pozaświecie. Tylko, że lew to raczej nie wilk (nie róbmy psa z kota).
                -No to rozumiem, że mam tam wleźć? Okej- odpowiedziałam sobie sama.
                Poprawiłam spodenki i odsunęłam się dwa kroki. Trzeba zrobić tak jak na treningu. Rozpęd, dłonie, podciągnięcie, siup na górę i tyle. Szkoda tylko, że ta rudera może się pode mną zawalić…
                Już miałam łapać za daszek, kiedy poczułam jakbym uderzyła twarzą w pękającą folię. Świat na chwilę zawirował i zrobiło mi się niedobrze. Zamknęłam oczy i oparłam się drzwi nie chcąc się wywalić. Kiedy znowu je otworzyłam nie stałam już przed tymi samymi drzwiami. Te były mocno zielone i pachniały świeżą farbą. Pociągnęłam nosem. W powietrzu czuć było zioła: miętę, rozmaryn, szałwię i wiele innych, których nie rozpoznawałam; a także coś kwaśnego, trochę słodkiego ale nieprzyjemnego. Spojrzałam na okienko, które wcześniej wybite, teraz błyszczało czystością. Kremowy parapet i ściana również jaśniały. Nagle zauważyłam ruch po lewej. Odwróciłam głowę, wciąż stojąc czubkami butów dotykającymi framugi drzwi i zobaczyłam postać stojącą w drugim oknie. Była praktycznie tylko zarysem ale i tak przyprawiła mnie o dreszcz. Nagle coś szarpnęło mną do tyłu, znowu poczułam jakbym przebijała się przez ścianę folii i wylądowałam tyłkiem w trawie mając przed sobą stary składzik.
                Wszystko było jak przedtem. Wybite okna, poszarpany dach, potrzaskane parapety, pędzący po ścianach rozkład. Nie zdążyłam jednak przyjrzeć się oknu w którym ujrzałam nieprzyjazny byt, bo cały widok zasłonił mi najeżony Lew. Warczał i rzucał się nerwowo, raz po raz zerkając za siebie, na to okno po lewej. Nie musiał nic mówić, zrozumiałam. Wycofałam się i nie oglądając do tyłu zaczęłam biec. W pędzie zgarnęłam deskę z ławki spod szkoły i pobiegłam do domu.
                Tego dnia Lew już się nie pokazał, ja nigdzie nie wyszłam, a w nocy śnił mi się koszmar.
                Koszmar o czerwonych drzewach.

1 komentarz:

Keynyek pisze...

Miło znów zanurzyć się w tą historię. Jak zwykle ciekawie